20 lutego 2007

Dolina Rospudy



Jeteśmy w trakcie kulminacji dziesięcioletniej walki o Dolinę Rospudy. Wiele się w tym czasie zmieniło. Obrona przyrody spotyka się obecnie ze stosunkowo dużym zrozumieniem. Prezenterzy telewizyjni cytują oświadczenia organizacji ekologicznych w taki sposób, że ma się wrażenie że są to ich własne słowa (widziałem 2 takie przypadki). Niesamowite jest to, jak wiele czasu, jak wiele osób różnych specjalności musiało zaangażować się nie tylko w monitorowanie posunięć instytucji [około]państwowych, ale także w tworzenie alternatywnych projektów. Zieloni dobrze zdają sobie sprawę z tego, że przegrana w Dolinie oznaczałaby niemożność wygrania kolejnych potencjalnych konfliktów przy budowie kolejnych autostrad. Współpraca ludzi, którym zależy (tzw. społeczeństwo obywatelskie) spowodowała, że informacja o Dolinie jest spójna, czytelna i o zróżnicowanym stopniu szczegółowości. A sposobów protestowania też spory wachlarz uruchomiono, tak że KAŻDY MOŻE ZNALEŹĆ COŚ DLA SIEBIE.

Słuchając pewnego wieczoru debaty na ten temat w radio (wcześniej też szukaliśmy informacji) stwierdzilismy z Gośką, że wszystko jest jasne, szykujemy wstążki i w ogóle pełne poparcie dla Doliny Rospudy. Tylko jakoś nieswojo czuliśmy się po stronie Zielonych. "Zieloni" to się jeszcze jakoś trochę dziwnie kojarzy - przecież nie będziemy przykuwać się do drzew. To nawet nam kojarzy się jeszcze jakoś infantylnie, lata oglądania telewizji robią swoje! Ale przecież spotykamy się na ekologicznych obozach, dyskutujemy, zastanawiamy się nad alternatywami dla energii atomowej, bojkotujemy produkty szkodliwe lub wytworzone ze szkodą dla środowiska. Uprawiamy cyberaktywizm, gdy trzeba bronić tego i owego. MY już jestesmy "zieloni" ;)

2 komentarze:

magda pisze...

Muszę przyznać, że nie rozumiem prób odcinania się od "zieleni" tylko dlatego, że to się "źle kojarzy". Tak samo jak z feminizmem:niektóre kobiety i niektórzy mężczyźni o poglądach typowo feministycznych tak bardzo obawiają się nazwy feminist(k)a, że po wygłoszeniu swojego zdania zastrzegają, że oczywiście z feminizmem nie mają nic wspólnego!!
Ja osobiście gorzej czuję się z moją recynkligową wstążeczką (z opakowania po ciastkach:), niż czułabym się przykuta do drzewa :P. Głównie dlatego, że dostrzegam potrzebę zdecydowanych działań (zwłaszcza w naszym kraju, gdzie politycy nie rozmumieją pojęcia "społeczeństwo obywatelskie", a ich metodą "radzenia sobie" z przejawami tego zjawiska jest ignorowanie lub atak).
Ja zastanawiam się raczej, czy nie jestem za mało "zielona"! Może jestem tylko "zielonkawa":)

Gen Disobey pisze...

Pewnie wyraziłem się 'jak zwykle', czyli nieprecyzyjnie ;) więc może teraz:
teza 1: negatywny, medialny obraz zielonych stworzony kiedyś 'zanim staliśmy się zieloni' jeszcze gdzieś nawet w nas istnieje.
Uzasadnienie: jesteśmy 'zieloni', staramy się itp., ale nie identyfikujemy się z grupą ludzi zaangażowanych we wbijanie zieloności w polityczny dyskurs.

Interpretacja: być może masz rację i to całe 'pokazywanie się' jest za mało radykalne. Poza tym, nie jesteśmy jednowymiarowi tj. tylko zieloni. Czasem czerwoni, czasem z bransoletkami itp. Aż w końcu pod tęczowymi sztandarami itp. itd. I bardzo trudno zaakceptować jest - jak kolega zauważył - ekologa jedzącego kaszankę, tak na przykład ;)

A problem wstążka czy terroryzm, że tak 'na ostro' postawię sprawę... Wstążki i pokazywanie np. obrzydzenia, gdy słyszy np. rasistowskie wypowiedzi (patrz FROWN POWER) są OK i potrzebne. A przemocy też chyba nie ma co się tak zapierać, nie musimy zaraz kąsać, ale nie żebyśmy mieli przestać warczeć. Zresztą ekoterroryzm (ekotaż) to ciekawa taktyka PODWYŻSZANIA KOSZTÓW szkodliwego zachowania ;)