3 kwietnia 2007

Rasizm i psychoanaliza

Spotykam od niedawna ludzi, którzy twierdzą otwarcie, że są rasistami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, skoro mieszkam w Polsce, ale ci ludzie nie wydają się być z tego powodu jakoś szczególnie dumni. Powołują się oni na swoje doświadczenia z pracy za granicą lub w korporacjach. Ich deklarowany rasizm jest raczej rozczarowaniem niż koncepcją ideologiczną. Można to odczytać z ich wypowiedzi typu "Na początku byłam bardzo otwarta/byłem bardzo otwarty...". Potem wielokrotnie doświadczali zachowań, które dla nich były poniżające. A, że nie potrafili wskazać innego kryterium doboru ofiary (czyli siebie) jak tylko rasowe, to warunkiem akulturacji stało się dla nich przyjęcie postawy rasistowskiej.

Zastanawiające jest dla mnie to, że na takich ludzi w ogóle "nie działają" racjonalne argumenty. Jak choćby ten, że po obraźliwe, agresywne i upokarzające zachowania ludzi nie trzeba jechać daleko - wystarczy pójść do pobliskiej np. dyskoteki. Być może przynajmniej część postaw rasistowskich jest reakcją na konfrontację marzeń z rzeczywistością. Dwa dawne, ale wielkie polskie marzenia to "Zachód" i "międzynarodowe przedsiębiorstwo". Przy względnie zamkniętych granicach Polski Ludowej "sceną", na której "wyświetlać" można było swoje marzenia, snuć opowieści o lepszym życiu był "Zachód". A dla przyspasabianych do nowej rzeczywistości w tzw. wolnej Polsce ukoronowaniem edukacyjnych wysiłków było znalezienie się w "międzynarodowym przedsiębiorstwie". Co by to było, gdyby udało się znaleźć tam pracę, jakie możliwości zyskać można, gdy już się trafi do grona najlepszych, otwartych, wykształconych ludzi. I nawet jeżeli trzeba pracować po 12 godzin dziennie to przecież warto, bo po kilku latach takiej pracy każda "polska" firma przyjmie cię z otwartymi rękami i od razu na "kluczowe" stanowisko.

Okazuje się jednak, że te ekrany nie zawsze nadają się do wyświetlania swoich fantazji o lepszym życiu. Niezwykle trudno jest wytłumaczyć rozmarzonym ludziom, że społeczeństwa wielokulturowe nie są miejscem przebywania w odrętwieniu, ale są miejscem ścierania się interesów, walki o dominację czy o uprawomocnienie swojego punktu widzenia. Podobnie przedsiębiorstwa nie są miejscem, gdzie króluje współpraca i zrozumienie. Mało kto nie jest niezastąpiony, a bywa się też latami anonimową/anonimowym. Żeby wyrazić własne zdanie, sprzeciw czy choćby dowiedzieć się czy dziwaczne zachowanie szefa ma podłoże rasistowskie często trzeba się zjednoczyć, działać w związkach zawodowych. A na to nie wszyscy Polacy są gotowi. Nie po to przecież...

Przyrost doświadczeń powoduje, że "międzynarodowe przedsiębiorstwo" coraz częściej nazywane jest po prostu "korporacją", a MY i "Zachód" to po prostu bogata "Północ". Ekrany do marzeń zostały zniszczone. A nowych nie ma! Nie ma radosnej wizji przyszłości, nie ma pustej przestrzeni, na której można by cokolwiek wyświetlić. Zachód "zabrali nam" imigranci, którzy podbili go przed nami, a władza w przedsiębiorstwach zbyt często układa się nam etnicznie. Co robić jeśli nie znienawidzić tych, którzy nam to wszystko zrobili?

2 komentarze:

GDS pisze...

Czytam i myślę o doświadczeniach mojego ojca, który od prawie dwudziestu lat pływa po świecie. Odkąd pamiętam, był zdeklarowanym rasistą i opowiadał mi o asfaltach, którzy pół godziny temu zeszli z drzewa i marzą jedynie o piciu drinków w cieniu, o brudasach- Arabach, którzy wykorzystują swoją religię, żeby wytłumaczyć lenistwo (modlitwa kilka razy dziennie, a rozładunek czeka i opłaty rosną), o filipińskich małpach, które gotują sobie osobno, bo nikt inny nie zjadłby przypalanego ryżu itp.

Sądzę, że doświadczenia mojego taty nie pojawiły się z nikąd. Czarni nie raz go oszukali, na wyspach Pacyfiku został okradziony, a muzułmanie byli dla niego zacofanymi niewiernymi. Przy czym nie był w swoim rasizmie konsekwentny i czym innym były cywilizowane żółtki, wizyty u których, np. w sklepach czy pubach miło wspominał, a czym innym czarni, którzy nigdy niczego wartościowego nie wymyślili i popadają w coraz większą nędzę, bo w byłych białych koloniach nie potrafią sobie bez białych poradzić, wracając do plemiennych zwyczajów i waśni.

Ale skrajny rasizm mojego ojca pewnego dnia się skończył. Wystarczyło, żeby spotkał inteligentnego, sympatycznego Afrykańczyka, który wielokrotnie zaprosił go do domu, poznał z rodziną itp. I być może to jest wstęp do tolerancji- potraktować obcych w pewien sposób tak, jak chcieliby zostać potraktowani. Tylko czy tzw. biali nie będą się przez to czuć ważniejsi i miło wspominać spotkań ze względu na spełnione poczucie wyższości?

Temat jest trudny...

Gen Disobey pisze...

Temat jest na maksa trudny jak w sumie pokazałeś w komencie. Dotyczy wielu ojców :) Zabawne jest to, że na nas to się tak jakoś słabo przeniosło :))

Nie miałem ambicji wyjaśniać zjawiska rasizmu jako całości! Bo na zbyt wiele sposobów zostaje się rasistą :( Mnie zaciekawiło, że ludzie WCZEŚNIEJ WIELCE OTWARCI pod wpływem "doświadczeń" przechodzą (lub tylko manifestują) na WIELCE SKRAJNE irracjonalne pozycje.

Czarę inspiracji tym zjawiskiem przechyliło ostatnie seminarium :/ Całość rozmyślań nad problem nienawiści widzę w bardzo czarnych barwach, zwłaszcza gdy myślę o ludziach, którzy wrócą do Polski po doświadczeniach pracy w UK itp. Wydaje mi się, żeby jakoś "powywracani" czasem wracają... Mówi się, że podróże owszem kształcą, ale tylko wykształconych. Ale może edukacja nie przygotowuje do rozczarowań. A polityka nie oferuje wizji przekraczającej stan obecny.

Podejście psychoanalityczne inspirowane oczywiście Zizkiem "Patrząc z ukosa" :)))