29 listopada 2008

Na styku profesorskiej i studenckiej retoryki i rzeczywistości

Nie milkną protesty pod hasłem "We won't pay for your crisis" przeciw reformie systemu edukacji we Włoszech. Czy i nas takie protesty czekają? Możliwe, że już niedługo. Uczestnicząc w piątkowej konferencji REA Edukacja szkolna i akademicka w Polsce, byliśmy zszokowani widząc jak profesorowie UG pod hasłem sprawiedliwości społecznej wygłaszają przed Minister Edukacji Narodowej z PO propozycje wprowadzenia płatności za studia. Najbardziej zadziwiające było to, że sugestie te nie były poparte żadnymi głębszymi analizami sytuacji studentów ani skutków, jakie reforma taka mogłaby mieć. Całość sprowadzono do kilku niby dużo mówiących argumentów, np. tego, że studenci po studiach wyjeżdżają (problemem w czasie debaty okazało się nawet to, że studiują w innych krajach!), nie popartych zupełnie żadną analizą tego, jakie skutki ma to dla polskiej gospodarki i społeczeństwa; tego, że studiują na więcej niż jednym kierunku (o zgrozo!); że ci co dostają się na studia dzienne to bogacze, którym często nawet nie chce się studiować...! Społeczeństwo zostało uproszczone do prostej dychotomii – bogaci z wykształconych rodzin (ci studiują bezpłatnie) i biedni z niewykształconych rodzin (ci studiują zaocznie). Nie ma więc już dzieci nauczycieli, pielęgniarek czy pracowników społecznych, ani bogatych dzieci z rodzin o niskim kapitale kulturowym. Nie ma dzieci z biednych rodzin, których rodzice starają się, żeby dziecko dobrze się uczyło i poszło na studia, nie istnieje logika „jeśli będziesz się starał i uczył, to świat stoi otworem”. Okazuje się, że jeśli jesteśmy studentami studiów dziennych, to na pewno rodzice opłacali nam przez całe życie korepetycje albo posyłali do lepszych szkół prywatnych, a jak jesteśmy biedni, to od razu patologia, słabe oceny i studia zaoczne. Nawet jeśli uczniowie z biedniejszych rodzin procentowo częściej studiują zaocznie, to nie jest to chyba powód, żeby wylewać dziecko z kąpielą i uzależniać możliwość studiowania jedynie od tego, czy stać kogoś na czesne (przy wielodzietnych rodzinach, jak w ostatnim reportażu z Filipin, tylko najstarsze będzie miało szanse na naukę). Rozwiązania takie jak np. duńskie stypendia na utrzymanie dla wszystkich dorosłych, którzy się kształcą (niezależnie czy na studiach czy w wieczorowej podstawówce) nie przyszły nikomu do głowy, bo najwyraźniej wszyscy chcemy obniżać podatki. Szkoda, że nasze uczenie się z przykładów innych krajów jest tak wybiórcze. Jeśli natomiast uważamy, że najbogatsi nie powinni dostawać takiego stypendium, to można by chociaż podwyższyć próg dochodowy dla ubiegających się o stypendia socjalne (bo jest śmiesznie niski) oraz wysokość tych stypendiów tak, żeby można się było utrzymać na studiach bez konieczności dorabiania w hipermarkecie. Zgadzam się, że problem jest też z dostępem na studia, bo dzieci niezamożnych i niewykształconych rodziców częściej słabiej się uczą (najprawdopodobniej, choć przyznam, że nie widziałam nigdy takich danych), ale tu rozwiązanie musi leżeć u podstaw, w edukacji wszesnoszkolnej. Problem kształcenia nauczycieli, którzy mogliby spełniać takie zadanie, a dokładniej, ich brak i negatywna selekcja do zawodu, został raczej sprowadzony do braku powołania niż warunków finansowych oferowanych przez polskie szkoły, co moim zdaniem znacznie utrudnia znalezienie rozwiązania. Być może szersza dyskusja toczyła się w dalszych częściach konferencji, na których niestety nie mogłam być – jeśli ktoś był, zapraszam do opisania tego w komentarzu do tego posta.

6 komentarzy:

Gen Disobey pisze...

Być może to obciążenie teoriami wynikającymi z analiz angielskiej i francuskiej rzeczywistości, że utożsamia się kapitał kulturowy z pieniężnym. W neoliberalnej PL topnięjący kulturowy wydawał mi się dotąd komplementarnym w stosunku do pieniężnego.

Złudzenie, że te kapiatały są tożsame, może wynikać z tego, że w czasach "boomu edukacyjnego" profesorowie jako jedyni skutecznie wymieniają kapitał kulturowy (tracą czas) na pieniężny (dorabiając na prywatnych uczelniach). Wiadomo, że chcą żeby pensje na publicznych były większe, a płatne studia to jedyne oferowane przez polityków rozwiązanie, które daje im nato nadzieję.

dagmara.przyborowska pisze...

Ja tam nie czuję tego żeby studenci zaoczni, czy studiujący na uczelniach prywatnych, byli jakkolwiek pokrzywdzeni!
Moja znajoma studiuje zaocznie (to samo, co ja) i dostaje stypendium naukowe w wysokości miesięcznego czesnego. Zastanówmy się, na co starcza moje stypendium naukowe??? Na bilet miesięczny! Po drugie jest jeszcze wiele innych aspektów, które przemawiają za tym by studiować zaocznie. Chociażby możliwość zdobywania doświadczenia zawodowego o które zazwyczaj pyta pracodawca podczas rozmowy o prace!

GDS pisze...

Dagmaro, zgodzić się z Tobą nie mogę. Co prawda nie do końca zgadzam się z tym, że w publicznej szkole wyższej tylko bogaci (sam jestem przykładem, moja dziewczyna jest przykładem, znam jeszcze dziesiątki przykładów ludzi z niezamożnych rodzin, studiujących dziennie). Gen ma rację, że utożsamianie kapitałów jest błędem. Bo przecież może się okazać, że sporo studentów to dzieci niewykształconych, niezamożnych, ale ambitnych ludzi, w dodatku tych, którzy nie zdobyli wykształcenia, bo np. w PRLu nie było takiej potrzeby, albo życie zmusiło ich do pójścia do pracy. Oni nie mogli, ale mogą zachęcać do nauki dzieci i w dodatku dysponować dużym kapitałem kulturowym (co się niektórym "uproszczaczom" rzeczywistości w głowie nie mieści).

Studenci studiów zaocznych są pokrzywdzeni na kilka sposobów:
- jeśli przyjąć, że sporo z nich nie dostało się na studia dzienne, bo nie mieli szans dorównać "wysokokapitałowcom" (kulturowym lub finansowym) np. z dużych miast, to skrzywdziła ich szkoła, która niby powszechna, ale podtrzymująca status quo,

- jeśli poszli na studia zaoczne, bo nie stać ich na dzienne- muszą na siebie zarabiać, to skrzywdziło ich państwo, dając pozornie bezpłatne studia, na których nie można się utrzymać, nie mając pieniędzy na jedzenie i nie dostając miejsca w akademiku, o tzw/ "kulturze" i książkach nie wspomnę.

- są pokrzywdzeni przez prywatne uczelnie, traktujące ich jak przedmioty, na których zarabia się gotówkę (nie chodzi zatem o upowszechnianie wykształcenia, ale o biznes),

- są pokrzywdzeni przez publiczne uczelnie, jeśli są ich studentami niestacjonarnymi, bo de facto utrzymują te uczelnie, a dostają najmniej w zamian,

- studenci prywatni i niestacjonani publiczni dostają okrojony program studiów, podawany w sobotę i niedzielę, kiedy wykładowca albo zmuszony jest do pracy (bo dostał w uniwerku takie, a nie inne godziny), albo pracuje na kolejne 50zł netto za 45 minut pracy w prywatnej szkółce, niejednokrotnie w grupach ćwiczeniowych po 40 osób, a i zdarza się, że czasami po 120.

Mówienie o tym, że studia zaoczne są świetne, bo pozwalają zdobyć doświadczenie, to radykalne uproszczenie sprawy. Stypendia, jakie dostają studenci niestacjonarni- prywatni, wykładają zapewne na czesne. A doświadczenie- wspaniale, tylko że nawet jeśli zdobywają doświadczenie (o wątpliwej jakości i związku z kierunkiem studiów), to niekoniecznie zdobywają wiedzę.

GDS pisze...

Nie mam czasu pisać tekstu na blogu, dlatego wrzucam do Was: TVN24 podaje, że studenci jadą na sejm. Studenci uczelni prywatnych, którzy domagają się równości wszystkich studentów i dopłat do czesnego.

Zapytana w autobusie pełnym "rewolucjonistów" studentka, odpowiada, że nie chodzi tylko o to, że oni płacą, a studenci uczelni publicznych nie. Chodzi również o pieniądze "na coś- na komputery i też jakieś podręczniki".

Przytoczyłem tylko jeden przykład i mam nadzieję, nie świadczy on o świadomości żądań wszystkich studentów uczelni prywatnych. Ale kto wie?

Interesujące, że powoli tworzy się opozycja: publiczni i prywatni. W interesie "publicznych" nie jest raczej dopłacanie do "prywatnych", chociaż przy funkcjonującej wymianie studentów- po licencjacie na magisterskie publiczne studia dostają się licencjaci z uczelni prywatnych, bo mieli lepsze wyniki, może "publicznym" również dopłaty zaczną się opłacać.

Ostatnia sprawa- jak to jest- na uczelnie publiczne mamy przesiew kandydatów. Dostają się podobno ci z większą kasą, a zarazem kapitałem kulutorwym. Wybieramy samych najlepszych. A po trzech latach licencjatu okazuje się, że studenci uczelni prywatnych, którzy bez egzaminów dostali się na studia, mają lepsze wyniki i wskakują na studia magisterskie publiczne. W szkołach prywatnych i publicznych uczą w zasadzie te same osoby, zatem naiwnie zakładam, że poziom jest ten sam. Czy to oznacza, że w trzy lata studiów licencjackich można nadrobić coś, czego przez dwanaście lat nie potrafiła publiczna szkoła i nie tylko wyrównać poziom, ale nawet sprawić, że biedni kulturowo i finansowo przerastają bogatych?

Anonimowy pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
dagmara.przyborowska pisze...

w liceum miałam beznadziejnych nauczycieli, którzy mi powtarzali żebym lepiej zapomniała o studiach. Mimo to uczyłam się sama do egzaminów wstępnych i się udało.
Myślę, że kapitał kulturowy był u mnie po maturze znikomy, a pieniężnego było brak!
Rozumiem niesprawiedliwość, która spotyka studentów zaocznych, ale czy nie spotykamy się z podobną sprawą w służbie zdrowia (ja przynajmniej tak)
Co więcej uważam, że cały system edukacji powinien być naprawiany od podstaw, a nie od góry, czyli kształcenie w taki sposób by wszyscy bez względu na kapitał pieniężny mieli szanse dostać się na studia dzienne państwowe.