23 listopada 2007

Przeciwko prześladowaniom w szkole

Jak szkoła potrafi się różnić?
Co w Polsce słyszą dzieci, gdy przychodzą i "skarżą": 'Proszę Pani, a oni nie chcą się ze mną bawić?'

Czyli, 150 przykładów różnic między Skandynawią a Polską :)
Dziś przykład pierwszy - Norweski program zwalczania prześladowań szkolnych.




Filmik pobrany ze strony Teachers.TV, gdzie znajduję mnóstwo dziwactw inspiracji.

21 listopada 2007

Zelandzkie kontrasty

Po prawie trzech już miesiącach w Danii wstyd byłoby nic nie napisać ;) więc chyba teraz kolej przyszła i na moje zdziwienia. Miałam już prawie napisany cały artykuł o polityce, ale gdzieś mi się notatki zapodziały - może innym razem. Dziś luźne spostrzeżenia:

1) Kiedy przyszliśmy dziś rano na zajęcia, okazało się, że są odwołane, bo spontanicznie do Kopenhagi wpadła znana aktywistka z Zimbabwe i zgodziła się poprowadzić seminarium na temat grupy WOZA, którą reprezentuje. WOZA to skrót od Women and Men of Zimbabwe Arise - oddolny ruch, głównie kobiet, domagających się przestrzegania praw człowieka oraz spełnienia podstawowych potrzeb ludności. Podczas śpiewających demonstracji próbują ewolucyjnie zmieniać kraj, zwracać uwagę polityków i świata na swoją sytuację, jednocześnie nie popierając żadnej partii politycznej. Wyjątkowo ciekawe seminarium, w którym raczej nie udałoby się nam niestety uczestniczyć na UG.

2) Poza dzisiejszym dniem, ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś odwołał zajęcia - raz tylko przyszedł mail dwa dni przed spotkaniem, że jest przeniesione na inną godzinę. Piotrkowi zdarzyło się raz, że prowadzący nie przyszedł - zamiast tego puszczono film. Inni prowadzący uprzedzają na 3 tygodnie przed, że mogą się spóźnić, bo będą np. pędzić na zajęcia prosto z konferencji albo z samolotu z RPA :) Miło jest być traktowanym z szacunkiem.

3) Za to: biurokracja w edukacji przekracza chyba naszą. Nauczyciele (a wtórują im politycy) narzekają na stosy papierkowej roboty, przez które nie mogą poświęcić wystarczająco dużo czasu uczniom. Nie umiem porównać czy polska, czy duńska podstawówka jest bardziej zbiurokratyzowana, ale na uniwersytecie różnica rzuca się w oczy. Żeby zdać egzamin muszę się najpierw na niego zapisać (na 2 miesiące przed), następnie jeśli ma to być praca pisemna (można wybierać!!!), po 2-3 tygodniach muszę oddać listę literatury "promotorowi" (specjalnie wyznaczonemu do pomocy przy konkretnej pracy, nie musi to wcale być wykładowca danego kursu). Lista powinna zawierać 1400 stron tekstu do przeczytania na potrzeby pracy - może być 1370 czy trochę ponad 1400, ale odchylenia w żadną stronę nie mogą być zbyt duże! :)

Jeżeli liczenie przeczytanych stron wydaje się czymś dziwnym, to dodam jeszcze, że nie chodzi tu o byle jakie strony, tylko strony "normatywne" - których definicja różna jest dla wydziałów i zmienia się w czasie.... na eskimologii jest to np. 2400 znaków na stronie - i trzeba własnoręcznie przeliczyć ile normatywnych stron ma wybrany tekst... Kiedy pensum odda się już promotorowi, trzeba je z nim przedyskutować i ewentualnie poprawić, aby po następnych dwóch tygodniach złożyć je wraz z wypełnionym formularzem i podpisami obu stron do sekretariatu. Potem już można swobodnie pisać na bazie przeczytanych tekstów i po ok. 1-2 miesiącach oddać pracę w 3 egzemplarzach... proste, nie? Nie ma się też co łudzić, że z egzaminem ustnym będzie łatwiej - pensum i tak trzeba oddać, a do tego często kilkustronicowy plan egzaminu - jakie zagadnienia chce się poruszyć, o czym mówić itd.

4) Wyczytane w gazecie i podpatrzone na ulicy: Kilka dni temu uczniowie szkół średnich mieli dzień wolny, który poświęcili na zbieranie pieniędzy, by pomóc w "edukacji wyzwolenia" Indianom Guarani z Boliwii i wyplewić trwający tam od 100 lat ucisk i niewolnictwo. Podczas tego dnia uczniowie sprzedawali własne wypieki lub wynajmowali się do pracy np. przy sprzątaniu - wynagrodzenie szło na konto projektu. W ten sposób uczniowie zebrali 9 mln koron (ok. 4,5 mln zł), a od 1985 roku, od kiedy odbywa się Operacja Dzień Pracy ponad 100 mln kr na rzecz krajów rozwijających się. Projekt działa w całej Skandynawii.

5) Młodzi tutaj bardzo często demonstrują - głównie w głośnej sprawie Ungdomshuset - co czwartek demonstracja o nowy dom młodzieży przechodzi przez stolicę. Ale... demonstrują nie tylko młodzi - jakiś czas temu odbyły się protesty "Dziadkowie dla azylu" pod centrum dla uchodźców. Starsi ludzie protestowali przeciwko trzymaniu w centrum dzieci i braku pomocy psychologicznej. Cała Dania zresztą od dłuższego czasu żyje sprawą czekających na azyl lub wydalenie - we wrześniu wszystkich zaszokowała wiadomość, że u znaczącej liczby dzieci przebywających w takich centrach rozwijają się poważne problemy psychiczne. Sprawa azylantów stała się jednym z najważniejszych elementów niedawnej kampanii wyborczej i pojawia się nadal dosyć często w mediach - kilka dni temu okazało się, że czekający na azyl pracują na czarno za marne pieniądze i są wykorzystywani przez pracodawców.

6) Z innej beczki - mimo, że Dania robi wrażenie bardzo ekologicznego kraju - we wszystkich sklepach są produkty ekologiczne i organiczne, które cieszą się dużym powodzeniem - ostatnio opanowała ją moda na futra. Nie jest typowo duńska, bo pochodzi gdzieś z europejskich (pewnie francuskich) wybiegów, ale Duńczycy zaakceptowali ją bez zastrzeżeń - w końcu to przecież moda...

Tyle na razie. Wrażeń mamy wiele, właściwie codziennie coś nas tu zadziwia. Mam nadzieję, że starczy czasu, żeby się tym jeszcze tutaj podzielić....

16 listopada 2007

Przyszłość pracy: elastycznie, dorywczo i nomadycznie

Elastyczne formy zatrudnienia jakie znacie są niczym wobec tego, co czeka nas w niedalekiej przyszłości. Japończycy już stworzyli serwis OTET.JP (o serwisie tu), który z czasem ma szanse stworzyć raj nieodróżnialny od piekła. Początkowa idea jest prosta - Otet to sieciowa giełda pracy, lecz zamiast komputerów, łączy posiadaczy telefonów komórkowych. Niewielka różnica? Ponieważ telefony korzystają z GPS, serwis umożliwia płynne dopasowywanie się ofert do aktualnej pozycji użytkownika/pracownika. Spacerujesz po mieście i nagle dowiadujesz się, że w restauracji opodal potrzebny jest ktoś do pozmywania naczyń, albo zastępstwo w pobliskiej szkole. Wiarygodność pracodawcy możesz oczywiście sprawdzić przeglądając komentarze poprzednich pracowników. A gdyby tak połączyć serwis z zaawansowanym systemem monitoringu? Wtedy wycenie można by poddać wszelkiego typu aktywności spontanicznie pojawiające się w przestrzeni publicznej! A zamiast na komórce wysokość honorarium wyświetlana byłaby na ekranie specjalnych okularów (A może implanty? Na implanty to trzeba sobie zasłużyć!). Wrzucenie leżącego na chodniku papierka do śmietnika, pomoc starszej pani w przejściu przez jezdnię, umycie szyby w samochodzie, pomoc w ustawieniu towaru na półkach, chwilowe zastąpienie sprzedawcy w sklepie, wskazanie drogi zagubionemu turyście - te wszystkie drobne aktywności/uprzejmości, do których tak trudno było kiedyś przekonać młodych ludzi mogą zostać wycenione! Ale oczywiście nie tylko to. Jest także miejsce na specjalne oferty. Inteligentny system identyfikacji i zarządzania może wycenić, ile warte jest nakłonienie innego przechodnia do przystąpienia do naszego serwisu. Można będzie zarobić zachęcając wagarowicza do powrotu do szkoły, a trochę mniej jeśli uda się jedynie zatrzymać go na miejscu do czasu przybycia policji. Niesłychanym szczęściem zawodowym byłoby znalezienie się w pobliżu napadu na bank - jeszcze przed bohaterskim zatrzymaniem bandytów człowiek mógłby sobie skalkulować ryzyko, wiedząc na pewno, ile taka dorywcza praca jest rzeczywiście warta. Byłoby też z pewnością miejsce na wspólną zabawę. Wyobraźcie sobie użytkownika, który mając trochę pieniędzy do wydania zaproponuje pewną sumę każdemu, kto w określonyym miejscu i czasie spontanicznie zacznie udawać np. żabę. Przy odpowiednich środkach flash-moby mogłyby w końcu osiągnać jakieś poważniejsze rozmiary. A działania szkodliwe społecznie nie będą wyceniane, co powinno zniechęcić zwłaszcza ludzi zainteresoanych szybkim wzbogaceniem się. Oczywiście efektywność sieci zależy od jej gęstości i zasięgu. Mogłoby się zdarzyć i tak, że wędrując po mieście weszlibyśmy na obszar, gdzie nikt niczego nie proponuje. Ale inteligentny program nawigacyjny mógłby nas przed takimi miejscami chronić i zawczasu ostrzegać.

Dorywczy pracownik wiódł będzie spontaniczne życie. Nie będzie znał miejsca ani godzin swej pracy. Wychodząc z domu będzie jak włóczęga nomada przecinał szlaki bez z góry określonego celu. Swoim zaangażowaniem w sprawy społeczne przypominał będzie prawdziwego aktywistę, zaangażowanego na poziomie dawniej możliwym do osiągnięcia jedynie anarchistom, ludziom głęboko religijnym lub zideologizowanym. Oczywiście zawsze są kontestatorzy, ale każdy człowiek jako pełnoprawny użytkownik będzie mógł proponować innym zmienianie świata na jeszcze lepszy, a jego/jej oferta wraz z proponowaną ceną zostanie błyskawicznie zweryfikowana przez rynek.

Czy twoja szkoła przygotowuje cię do takiej przyszłości?
Czy związki zawodowe są komukolwiek potrzebne?
Czy cenisz sobie własną (!) elastyczność?
Czy chcesz być policjantem lub strażakiem?

7 listopada 2007

Kapitalizm was wyzwoli

[z okazji rocznicy wybuchu rewolucji]

Czekając na najnowszą książkę Naomi Klein (czekam w kolejce w bibliotece) "The Shock Doctrine: The Rise of Disaster Capitalism" przysłuchiwałem się rozmowie autorki z wieloletnim przewodniczącym Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej US of A Alanem Greenspanem. Mimo przewagi wiedzy, na zarzut wprowadzania neoliberalizmu przy pomocy przewrotów, Greenspan dał się wypuścić w wypowiedź:
"The question you have to answer, however, is: what system works better? And I think the evidence going back to the Enlightenment of the early part of the eighteenth century and all of the events that occurred with respect to what’s happened to the world since then has demonstrated that this system is the only one that seems to work well. I mean, all forms of socialist structure, which you seem to be implicitly in favor of, have failed."

Czyli historyczna konieczność, TINA, koniec historii itp.

Nic jednak nie trwa wiecznie, a najnowsza książka Klein, poza amerykańskimi okropieństwami, pokazuje narzędzie które niekoniecznie musi być wykorzystywane przeciwko dobrom publicznym. Szok można zaaranżować każdemu, kto akurat zajęty jest czym innym. I jak tu nie pomyśleć o giełdowym krachu?! Skoro go nie ma, to znaczy że nadchodzi. Biorąc po uwagę: kurs dolara, ceny ropy, przewartościowanie cen nieruchomości; wysokość zadłużenia publicznego USA i zadłużenia mieszkańców (kredyty hipoteczne) - to już samo to wydaje się niebezpieczne. Do tego dochodzą: ciągnąca się wojna i coraz częstsze katastrofy ekologiczne. Kondycja korporacji, a co za tym idzie - stan oszczędności emerytalnych nigdy wcześniej nie zależał tak bardzo od ich finansowych aktywności, wszystko co "rzeczywiste" ulokowano w Chinach. Imperium jest w stanie wytrzymać uwikłanie (nawet globalne) w jeden typ konfliktu, ale czy wytrzyma nałożenie się kilku typów problemów? Wydaje się, że jedyne co trzyma indeksy w górze to inercja zbiorowego optymizmu.

Natchnieni energią z kosmosu, ekologiczni aktywiści (nie wszyscy) często chwytają się za ręce i wspólną medytacją chcąc przenieść współtowarzyszy braci i siostry na wyższy poziom optymizmu, gdzie wszystkie problemy rozwiązują się same. Optymizm wbudowany jest we wszystko: od językowych konwencji, nawet przez pedagogikę krytyczną (empowerment), po oczekiwania dotyczące kursów giełdowych. Większość "strategów" po przeprowadzeniu np. analizy SWOT chce koncentrować się tylko na Możliwościach. DYGRESJA: Niezwykłym wprost przykładem porażenia optymizmem jest dla mnie współpraca duńsko-amerykańsko-grenlandzka, która układa się miło, mimo że priorytetem jednej ze stron jest koncentracja na tzw. nieuchronnych możliwościach (czytaj: stopienie się lodowca), czyli de facto na sytuacji, w której jeden z partnerów zostanie zatopiony. I nie budzi to oburzenia w Danii. Tak jak amerykańskie filmy nie są możliwe bez happyendów (prócz kilku wyjątków), tak giełdowy kapitał nie może mnożyć się (czyli istnieć) bez optymizmu.

Podobno optymistyczną odpowiedzią na diagnozę stanu rzeczywistości (czyli na pesymizm) "No Logo" Naomi Klein był film "The Take", gdzie pokazywano jak kryzys ekonomiczny w Argentynie otworzył przestrzeń do tak radykalnych działań jak przejmowanie fabryk przez robotników (spełnienie marzeń nie tylko anarcho-syndykalistów). Odebrałem jednak ten film jako szczególnie pesymistyczny, a jego przygnębiającą końcówkę zebrać można nawet w maksymę: cokolwiek wymyślisz i spróbujesz realizować, musisz umieć obronić to przed policją. Nie wszystkich pociągają mocno skonwencjonalizowane walki uliczne. Skonwencjonalizowane, bo przecież nie chodzi w nich o to, żeby wygrać - wtedy przecież wchodzi wojsko! A do (coraz bardziej i częściej) zawodowych żołnierzy nie wyjdą matki i siostry z kwiatami. Zawodowa armia uniemożliwia obalanie reżimów w stylu kolorowych rewolucji, czyli zgodnie z instrukcjami z symulatorów. Widok przedstawicieli argentyńskiej klasy średniej niszczących witryny banków i bankomaty pozostają jednymi z najzabawniejszych scen filmu.

W oczekiwaniu na to, co nieuchronne można pomyśleć nad granicami tego, co możliwe - nad zrębami nowego porządku (porównaj). Pojawia się tu oczywiście problem środków i celów. Ale być może "przepełnienie" środków ułatwi refleksję nad pustymi/czekającymi celami.

Zmiany prawa handlowego, a w szczególności funkcjonowania spółek akcyjnych mogłyby być nawet takie:
  • Korporacje istnieją na czas określony.
  • Konieczność wąskiego definiowania zakresu działania spółki i sądowa likwidacja spółki po osiągnięciu celu działalności.
  • Zakaz posiadania udziałów w spółkach innej branży.
    [więcej inspiracji szukaj w "The Corporation: The Pathological Pursuit of Profit and Power"]

    Kapitalizm to niezwykle żywotny system i pewnie zacząłby żywić się tymi ograniczeniami kanalizując energię vulgus oeconomici w obszarach, na których rynek tworzy najmniej efektów ubocznych.

    Terapeutyczny mógłby okazać się też odwrót od indywidualizmu przez uczynienie podmiotem nie jednostki, ale choćby pary. Przynajmniej w sferach kontrolowanych przez państwo. Tak, by nie można się było ubiegać o stypendia w pojedynkę, bilety wstępu też zawsze były zbiorowe; pojedynczo nie można by jeździć samochodem; prace magisterskie tworzone w parach byłyby wtedy pewnie dwie; nagrody i odznaczenia też można by przyznawać na ogół kolektywom. A pojedynczo można by popełniać przestępstwa i zajmować cele ;)

    Oczywiście należałoby sie też przyjrzeć 'dawnym' pracownikom usług reklamowych i kredytowych. Może jakaś lustracja? Odsunięcie od możliwości pełnienia funkcji publicznych wszystkich skorumpowanych myśleniem typu homo homini lupus wydaje się trochę zbyt... pochopne, ale przecież to nie na zawsze.

    Większość ludzi chyba skłonnych jest czekać aż na zmiany zdecydują się Amerykanie Północni. Sądząc po aktywności Naomi Klein Kanadyjczycy starają się przynajmniej coś proponować. Ale ich południowi sąsiedzi... możliwości tzw. społeczeństwa obywatelskiego wielu skłonnych jest oceniać po dotychczasowych efektach - 150 lat od wojny domowej, a oni tam wciąż nie zdołali się rozbroić.
  • 31 października 2007

    Mówienie językiem

    Nic tak nie dziwi jak własna wypowiedź w obcym języku. Ponieważ dwie ze "skołowanych" osób mieszkają obecnie 30 km na północ od Kopenhagi, więc znowu często patrzymy na świat z perspektywy autostopowiczów. Nie dość, że jest to tutaj bardzo proste, to jeszcze dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o kulturze (w tym o polityce) duńskiej. Nasze codzienne zdziwienie stymulowane jest przez różnice między tym, co polskie a tym, co duńskie. Naszych kierowców (w tym kraju zatrzymują się też kobiety) dziwią zmiany w czasie, których my nie jesteśmy już w stanie dostrzec bez pośredników, bo za krótko tu jesteśmy. Rozmowy zwykle prowadzimy po angielsku. Pytani (lub nie) o sytuację w Polsce, próbujemy wytłumaczyć wszystko dogłębnie, każdą banalną opinię problematyzujemy, starając się w krótkim czasie ukazać obraz jak najbardziej prawdziwy.

    Wczoraj jednak zdarzyło się coś pouczającego. Podwiózł nas Kassim z Iraku. Rozmowę prowadziliśmy już po duńsku, a język ten jest o tyle okrutny, że w zasadzie nie można słabo mówić po duńsku: albo mówisz i cię rozumieją, albo nie rozumieją cię wcale. Jest za dużo możliwości niepoprawnego wymawiania słów i każde drobne poślizgnięcie się zmienia znaczenie słów i zdań. Porozumieć się było ciężko, ale rozmawiać trzeba, zwłaszcza że ciekawość Innego była odwzajemniona. W pewnym momencie Kassim pyta: "Dlaczego Polacy tyle piją?". Chciałoby się powiedzieć o transformacji ustrojowej, braku polityki społecznej, o tym, że polscy mężczyźni w Danii zostawili rodziny w kraju; o tym, że nie piją wszyscy (podział miasto/wieś) i nie to samo, itp. Temat rzeka. Ale my, ni z tego, ni z owego, patrzymy na siebie i po chwili dajemy jednowyrazową odpowiedź - TRADYCJA!

    Nie powiedzieliśmy nieprawdy. Ale to, co powiedzieliśmy nie wyklułoby się z nas ani po angielsku, ani w rozmowie z Duńczykami. Dzięki ograniczeniom językowym i z (domniemanej) różnicy kulturowej wypowiedzieliśmy coś prawdziwego i syntetycznego, co nas samych zaskoczyło. I może nic w tym dla wielu dziwnego, ale nam jednak posmak Derridy w ustach pozostał.

    8 lipca 2007

    Wrocław na styku kultur

    Mamy ostatnio naprawdę duże szczęście, bo trzydniowa wizyta we Wrocławiu w naszej podróży do Ecotopii obfituje w wydarzenia związane z między i wielokulturowością.

    Przed wszystkim udało nam się dostać na sympozjum Nowej Agory. To spotkanie naukowców, działaczy, artystów i dziennikarzy związanych z dialogiem międzykulturowym zainicjowane zostało przez Fundację Pogranicze, jeden z najciekawszych ośrodków kulturowych w Polsce. Co prawda mieliśmy wrażenie, że mimo, iż wszyscy mówili po angielsku, nie zawsze udawało im się znaleźć wspólny język, nie mniej dyskusje na temat miejsca religii w świecie wielokulturowym i obecnej sytuacji Europy Środkowo-Wschodniej pobudzały do myślenia. Zwłaszcza zaprezentowany przez Krzysztofa Czyżewskiego projekt utworzenia Międzynarodowego Centrum Dialogu im. Czesława Miłosza, w tym Akademii "budowania mostów" tchnął w nas nieco nadziei.

    Drugim wydarzeniem, w którym udało nam się wziąć wczoraj udział był koncert inauguracyjny Brave Festival. Organizatorzy postawili sobie w tym roku za cel pokazanie "zatopionych pieśni," tradycyjnej muzyki i sztuki kultur, którym grozi marginalizacja i "zatonięcie" w tzw. postępie. Dochód z festiwalu przeznaczony będzie na projekty przyczyniające się do zachowania kultur, w tym na edukację tybetańskich sierot (wszystko wskazuje na to, że w duchu pedagogiki miejsca).

    Program festiwalu jest naprawdę imponujący (aż szkoda wyjeżdżać!), my mieliśmy okazję wysłuchać Alima Qasimova i Fargany Movlamovej, azerskich śpiewaków mougam - tradycyjnej formy śpiewu, który przy akompaniamencie takich instrumentów jak nagara, skrzypce kamancha, lutnia tar i balaban, robił po prostu niesamowite wrażenie. Szkoda tylko, że nie można było robić zdjęć, ani filmować, załączam więc zdjęcie ze strony festiwalu. A dziś idziemy na kolejne wydarzenia festiwalowe - spektakl kirgiskiej grupy artystów "Sachna," odtwarzającej dawne eposy wykorzystując elementy teatru, muzyki i rzeźby. Aż ślinka cieknie :))

    7 lipca 2007

    Uwaga sekta.
    Czy Ty też kochasz za kupy?

    Chcieliśmy kupić sobie dzisiaj piwa w znanym nam wcześniej osiedlowym sklepiku we Wrocławiu. On niestety też przemienił się w agencję udzielającą kredytów. Podobnie stało się z wieloma tzw. niszowymi sklepami w centrum Słupska (nawiasem pisząc ciekawe czy warunki wynajmu lokali nie powinny być różne dla różnych form prowadzonej działalności, a może i rodzajów). Ale symbolem przemian pozostaje dla mnie wciąż ulica Rajska w Gdańsku. W pewnym uczęszczanym jej odcinku jest jeden sklep z telefonami, jeden malutki z alkoholem, a reszta to kolorowe wariacje na temat: weź u nas kredytów kupę. Gdzie wydawać te wszystkie pożyczone pieniądze?!

    Do Sejmu wrócił projekt ustawy o tzw. upadłości konsumenckiej. Chodzi o to, by osobom, które wpadły w spiralę kredytową umożliwić spłatę długów np. przez wstrzymanie naliczania odsetek, spojrzenie na zadłużenie w całości, zmniejszenie długu i rozłożenie go na lata. Tak mi się przynajmniej wydawało dopóki nie posłuchałem co o tym mówiono w telewizji. Pani reprezentująca organizację konsumencką (4.07.2007 TVN 24) twierdziła, że upadłość powinna być tylko dla osób zadłużających sie racjonalnie (w swojej naiwności liczyłem, że pani reprezentuje ludzi), które z powodów losowych nie mogą spłacać. A reszta opinii była jeszcze dalej od życia ;)

    W przypadku wydarzeń losowych to mamy już narzędzia - ubezpieczenia kredytów. Upadać mogą firmy, ich właściciele mogą zakładać kolejne i nikt nie proponuje obostrzeń typu - upaść można tylko raz w życiu. Zupełnie dziwaczny wydaje mi się pomysł badania czy długi powstały mimo racjonalnych decyzji konsumenta. Jak można podejmować racjonalne decyzje w świecie, w którym:
    a) kartę kredytową dostać można przy dochodach rzędu 500zł miesięcznie
    b) pracownik banku dostaje prowizję od sprzedanych kart kredytowych?

    W świecie, w którym człowiek człowiekowi... sprzedawcą nie można liczyć na radę drugiego człowieka. Ciekawe czy kiedyś w przyszłości ludzie zwodzący innych okrzyknięci zostaną np. płatnymi zdrajcami, pachołkami.. korporacji? I na nic zda się tłumaczenie, że wszyscy, że podłe czasy - zakaz sprawowania funkcji publicznych :))) W gazetach publikuje się artykuły o "podkręcaniu zdolności kredytowej". Jeżeli nie można polegać na przekazywanych informacjach, to jakiej racjonalności oczekujemy? Oczywiście standardem jest, że każde zachowanie niezgodne z oczekiwanym modelem jest medykalizowane. W czasopismach psychologicznych (widziałem w Charakterach "Grypa prosto z dobrobytu ") pojawia się więc termin affluenza.





    Dlatego uruchomiliśmy mały projekt edukacyjny. Najpierw skontaktowaliśmy się ze Strażą Miejską w Gdańsku Oliwie w sprawie zaśmiecania okolicy ulotkami o kredytach. Zero reakcji. Potem zdzieraliśmy, ale "powracały". Teraz naklejamy napisiki UWAGA SEKTA (Rozbrat w 1998 roku robił akcje "uwaga sekta"). Bo czyż "biorąc" kredyt konsumencki nie poddajemy się przywództwu biurokratycznego aparatu (fochy, stopy, formularze). Zadłużeni muszą przyjąć za swoją określoną wizję świata - muszą postępować racjonalnie (nie wiadomo jak, ale ważne by potrafili to udowodnić). A na końcu oddać trzeba swojej sekcie wszystko co się posiada, a nawet więcej - oddać trzeba i to czego się jeszcze nie posiada, przecież na ogół pożyczamy pod przyszłe dochody.

    Straszymy sektami, bo ostatnio coraz więcej słychać o próbach spisywania organizacji, grup muzycznych itp. Dojdzie do tego, że weganizm będzie podejrzany! Podobno każde narzędzie użyte przeciwko "rynkowi" zostaje wciągnięte w język reklamy, zbanalizowane. Jeśli jest taka teoria, to niech to będzie przyczynek do badań podstawowych w tym temacie ;)

    Koszt kartki samoprzylepnej: 70 gr
    Koszt druku: nie podejmuję się liczenia
    Ilość napisów na kartce A4: 22
    Tusz, o dziwo, nie rozmywa się na deszczu.
    "Czarno na białym" jest dobrze widoczne, bo reklamy są zwykle zbyt kolorowe
    Mnóstwo zabawy na każdym spacerze.