Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka klas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka klas. Pokaż wszystkie posty

9 grudnia 2008

Zamieszki w Grecji

Studenci i uczniowie podpalają miejsca publiczne, niszczą samochody i sklepy. Działania są protestem na brutalne dziania policji w Atenach, gdzie został postrzelony 15-latek przez jednego z funkcjonariuszy. Jak podaje włoska gazeta Il Messaggero do wypadku w Grecji doszło podczas starć policji z młodymi anarchistami. Protesty przeciwko agresji policji odbyły się także w Berlinie i Londynie pod ambasadami Grecji.

29 listopada 2008

Na styku profesorskiej i studenckiej retoryki i rzeczywistości

Nie milkną protesty pod hasłem "We won't pay for your crisis" przeciw reformie systemu edukacji we Włoszech. Czy i nas takie protesty czekają? Możliwe, że już niedługo. Uczestnicząc w piątkowej konferencji REA Edukacja szkolna i akademicka w Polsce, byliśmy zszokowani widząc jak profesorowie UG pod hasłem sprawiedliwości społecznej wygłaszają przed Minister Edukacji Narodowej z PO propozycje wprowadzenia płatności za studia. Najbardziej zadziwiające było to, że sugestie te nie były poparte żadnymi głębszymi analizami sytuacji studentów ani skutków, jakie reforma taka mogłaby mieć. Całość sprowadzono do kilku niby dużo mówiących argumentów, np. tego, że studenci po studiach wyjeżdżają (problemem w czasie debaty okazało się nawet to, że studiują w innych krajach!), nie popartych zupełnie żadną analizą tego, jakie skutki ma to dla polskiej gospodarki i społeczeństwa; tego, że studiują na więcej niż jednym kierunku (o zgrozo!); że ci co dostają się na studia dzienne to bogacze, którym często nawet nie chce się studiować...! Społeczeństwo zostało uproszczone do prostej dychotomii – bogaci z wykształconych rodzin (ci studiują bezpłatnie) i biedni z niewykształconych rodzin (ci studiują zaocznie). Nie ma więc już dzieci nauczycieli, pielęgniarek czy pracowników społecznych, ani bogatych dzieci z rodzin o niskim kapitale kulturowym. Nie ma dzieci z biednych rodzin, których rodzice starają się, żeby dziecko dobrze się uczyło i poszło na studia, nie istnieje logika „jeśli będziesz się starał i uczył, to świat stoi otworem”. Okazuje się, że jeśli jesteśmy studentami studiów dziennych, to na pewno rodzice opłacali nam przez całe życie korepetycje albo posyłali do lepszych szkół prywatnych, a jak jesteśmy biedni, to od razu patologia, słabe oceny i studia zaoczne. Nawet jeśli uczniowie z biedniejszych rodzin procentowo częściej studiują zaocznie, to nie jest to chyba powód, żeby wylewać dziecko z kąpielą i uzależniać możliwość studiowania jedynie od tego, czy stać kogoś na czesne (przy wielodzietnych rodzinach, jak w ostatnim reportażu z Filipin, tylko najstarsze będzie miało szanse na naukę). Rozwiązania takie jak np. duńskie stypendia na utrzymanie dla wszystkich dorosłych, którzy się kształcą (niezależnie czy na studiach czy w wieczorowej podstawówce) nie przyszły nikomu do głowy, bo najwyraźniej wszyscy chcemy obniżać podatki. Szkoda, że nasze uczenie się z przykładów innych krajów jest tak wybiórcze. Jeśli natomiast uważamy, że najbogatsi nie powinni dostawać takiego stypendium, to można by chociaż podwyższyć próg dochodowy dla ubiegających się o stypendia socjalne (bo jest śmiesznie niski) oraz wysokość tych stypendiów tak, żeby można się było utrzymać na studiach bez konieczności dorabiania w hipermarkecie. Zgadzam się, że problem jest też z dostępem na studia, bo dzieci niezamożnych i niewykształconych rodziców częściej słabiej się uczą (najprawdopodobniej, choć przyznam, że nie widziałam nigdy takich danych), ale tu rozwiązanie musi leżeć u podstaw, w edukacji wszesnoszkolnej. Problem kształcenia nauczycieli, którzy mogliby spełniać takie zadanie, a dokładniej, ich brak i negatywna selekcja do zawodu, został raczej sprowadzony do braku powołania niż warunków finansowych oferowanych przez polskie szkoły, co moim zdaniem znacznie utrudnia znalezienie rozwiązania. Być może szersza dyskusja toczyła się w dalszych częściach konferencji, na których niestety nie mogłam być – jeśli ktoś był, zapraszam do opisania tego w komentarzu do tego posta.

26 listopada 2008

Romski hip-hop

Romski hip-hop z kontrowersyjnym przekazem. Co Wy na to?

13 listopada 2008

Klasa (Entre les Murs)

Obejrzałem film, który zdobywa nagrody chyba głównie dlatego, że... nie kłamie. Nie sili się też na dobre rady i nie rozładowuje napięć ten niby-dokument. Kamera nie opuszcza szkoły. Jednej z wielu szkół Paryża. Takiej szkoły zwyczajnej tj. jeszcze nie osławione przedmieścia, ale też nie te "dobre", turystyczne dzielnice. I pracę nauczyciela oglądamy. Nie żeby jakiegoś hiroła, ale takiego co to dyskusji w klasie się nie boi. Ani on młody (nakręcony mądrymi książkami), ani stary (już po przejściach). Nawet nie mogę powiedzieć, żeby film przedstawiał jakieś nieznane wcześniej (pedagogom) problemy. A jednak... wciąga (pedagogów też). Nawet nie poczułem tych dwu godzin.

Oglądamy jakąś porażkę. Trudno stwierdzić nawet czyja to porażka i czy tak właśnie nie miało być. Trzynasto, czternastoletni ludzie zostają przede wszystkim poddani kontroli języka. Rzekomo mają nauczyć się jak język francuski jest różnorodny, ale oznacza to poznawanie form używanych jedynie przez snobów. Swoje mutacje francuskiego, języki ulicy są zmuszeni porzucić. Ale to ten ich język okazał się w filmie językiem mobilizacji. Gdy nauczyciel stracił kontrolę i pozwolił sobie na jego użycie nastąpił rozsadzający porządek wybuch przemocy z połamaniem będącej sednem systemu hierarchii.

A hierarchia wpisana jest mocno w ten oświeceniowy model szkoły. Model, który i my, na intelektualnych peryferiach Europy przyjęliśmy. Nauczyciele istnieją w nim po to, by wyciągać młodzież ze świata, w którym młodzież żyje i mają czynić starania, by nowi obywatele spełniali standardy klasy dominującej. Ci uczniowie, którzy na to się nie zgodzą, zostają poniżeni i mogą wrócić tam skąd przyszli. Albo wręcz skąd przyszli ich rodzice jak w przypadku ucznia, którego porażka oznaczała zesłanie do Afryki. Końcówka filmu zapowiada, że takich "odpadających" będzie więcej. I młodzi ludzie boją się tego panicznie. Oświeceniowa szkoła francuska nie jest miejscem, gdzie uczy się godności, radości z tego kim się jest, ani skąd się jest.

Ciekawe rzeczy dzieją się, gdy uczniowie akceptują codzienną opresję. Nauczyciele mają wtedy podstawy do tego, by uznać skuteczność dotychczasowych kar i swojego oddziaływania. W kulminacyjnym momencie filmu dowiadujemy się co siedzi w głowach tych ugrzecznionych przez system dzieciaków.

Szczytem uczniowskich możliwości jest zaś zrozumienie systemu i przejęcie nad nim kontroli. Dokonuje tego dziewczyna chcąca w przyszłości zostać... policjantką. Ale taką "dobrą" policjantką, czyli pewnie "złą" nauczycielką, bo czytając niebezpieczne książki dostała się do podstaw myśli o wychowaniu.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że cała ta zgromadzona w klasie młodzież pochodziła z różnych krajów, bo przecież z polskiej perspektywy mało kto tego nie zauważy. Ale w zasadzie można sobie pozwolić na niewidzenie tego. W końcu młodzież to zawsze imigranci w kulturze. A już na pewno młodzież z niższych klas społecznych. Posługują się swoimi językami, nie znają wydawałoby się podstawowych słów, mają pokraczne identyfikacje itp. Czasami bywa też tak, że nauczyciel mając problemy z porozumieniem się z uczniem wzywa jego rodziców i wtedy dopiero dowiaduje się co to jest problem z komunikacją. Tak zwany trudny uczeń okazuje się jedynym kluczem do świata rodziców. To oczywiście też możemy w "Klasie" zobaczyć.

Pedagodzy w "Klasie" znaleźć mogą ilustrację tezy, że pedagogika rewolucyjna Paulo Freire'a zredukowana do dialogu o tożsamości prowadzi tylko do wybuchów. Pisanie i opowiadanie o sobie można zamienić w uroczą publikację, poprawia to też sprawność w posługiwaniu się "poprawnym" językiem. Oświecanie pozostaje tu jednak świeceniem człowiekowi lampą w oczy i ciągłym ponawianiem prób wymuszania pokornych zeznań.

Pocieszeniem może okazać się uświadomienie sobie, że francuski model oświecenia nie jest jedynym obowiązującym w Europie. Myśl oświecenia, którą może w Polsce najchętniej łykalibyśmy w oryginale i traktowali jako pewien uniwersalizm, przeszła wiele interesujących mutacji. Dzięki jednej z nich - wypracowanej przez dziwacznie romatyzującego Grundtviga - powstał skandynawski model szkoły. Skandynawowie zgodzili się na oświecenie, ale stwierdzili, że u nich "słońce świeci z dołu", więc wszelki postęp może pochodzić tylko z samego ludu. To się może wydawać nie tylko w neoliberalnej Polsce szalone, ale młodzi Duńczycy nie panikują na myśl o szkole zawodowej. Co więcej, wielu młodych mężczyzn marzy by zostać np. stolarzami. Nauczyciele buntują się, gdy rząd chcę z kolegiów nauczycielskich robić uniwersytety. Bronią się przed profesorami, elitami, zbędnymi tytułami, bo nie chcą tracić więzi z ludem, któremu wolą pomagać niż wykorzeniać.

No, ale Skandynawia to prowincja, nie piszą tam takich filozoficznychi francuskich książek jak we Francji. Dzieci lubią tam na Północy chodzić do szkoły, a w szkole UCZĄ SIĘ BAWIĆ. I choć Skandynawowie piszą książki po angielsku, są otwarci na badania wszelkie to i tak w powszechnym przekonaniu ten ich system, choć wspaniały,jest nieprzekładalny na inne kraje. Widać myśl francuska i utopie amerykańskie bywają w interesie ludzi większej wiary.

11 listopada 2008

Animator społeczny u władzy

Od kiedy czarny socjalista, muzułmanin chcący likwidować elektrownie węglowe został prezydentem kraju, który udowodnił, że potrafi wrogie kraje cofnąć do epoki kamienia, świat odetchnął z ulgą. To nic, że ani on czarny, ani socjalista, ani muzułmanin, najważniejsze, że wyborcy PRZESTALI SIĘ BAĆ. Ogromną rolę w rozbrajaniu tego napędzanego przez programy "informacyjne" strachu odegrały programy satyryczne produkowane przez jedną korporację - The Comedy Central. The Daily Show przykuwał tak ogromne zainteresowanie widzów, że zaczęto domniemywać, że dla wielu widzów ten program stał się podstawowym źródłem informacji na temat polityki (tak jest przynajmniej w moim przypadku). Jeszcze bardziej agresywny okazał się dowcip z programu The Colbert Report, którego prowadzący udaje konserwatystę. Język jakim posługują się oba programy oraz zapraszani goście wskazują, że na sukces Obamy pracowały zbuntowane elity.

Pracowali dla niego też animatorzy społeczni. Był taki moment w kampanii, gdy konserwatyści próbowali wyśmiewać przeszłość Obamy jako community organizer'a [1][2] czyli na polski - animatora społecznego. Rozelziło to wiele osób pracujących z ubogimi, którzy, wbrew polskim pozorom, stanowią dużą część społeczeństwa w USA. Dzięki animatorom, między innymi z organizacji ACORN, tak wiele niegłosujących dotąd osób zarejestrowało się przed wyborami.

Tysiące ludzi pracowało 2 lata na ten jeden dzień. Podobno dzień po zwycięstwie Nowojorczycy patrzyli sobie w oczy, zniknęła gdzieś anonimowość wielkiego miasta. Aż chciałoby się zapytać dlaczego nie organizuje się więc wyborów częściej, może byłoby bardziej... ludzko. Dobrze jest pamiętać jak wielu Amerykanów trzeba było zabić [1][2][3], ilu pozbawić domów [1] i jakie sumy ukraść i przekazać bankierom, żeby w końcu wyborcy zdecydowali się wybrać tak rewolucyjnie. Diagnoza Churchilla wciąż więc obowiązuje: "Na Amerykanów zawsze można liczyć, że jak już wyczerpią wszystkie złe rozwiązania, wreszcie zastosują właściwe."

5 maja 2008

Walka klas 2
Króliki kontra świnie?

Pod koniec naszej wakacyjnej podróży stopem mieliśmy szczęście trafić na tzw. tirowców. To taka grupa zawodowa zdominowana w Europie przez Polaków. W praktyce oznacza to, że nie jest ważne na jakich blachach jest TIR, rozmowę z kierowcą możesz zacząć od powiedzenia czegoś po polsku. Ze względu na poziom płac, wielotygodniowe oderwanie od rodziny i nadzór ze strony firm spedycyjnych przyjęło się mówić o tirowcach jako o „niewolnikach Europy”.

Pewnego wieczoru na parkingu bodajże we Francji, siedzieliśmy kilkoro, piliśmy czeskie piwo i zeszło na politykę. W czasie 2 miesięcy podróżowania przeoczyliśmy m.in. odejście niesławnego Giertycha, chcieliśmy więc uzupełnić luki w wiedzy. Punktualnie o 22:00 wsłuchiwaliśmy się wszyscy w wiadomości Polskiego Radia. Tylko sygnał Jedynki można odebrać w wolnej i zjednoczonej Europie, a szum, trzaski i atmosfera były takie jakbyśmy cofnęli się w czasie i słuchali „Wolnej Europy”. Ale najważniejsza była nasza z nimi rozmowa. Okazało się, że „nasi niewolnicy” nie podzielali smaku do świętego estetycznego oburzenia rządami PIS. Nie potrafili elokwentnie się bronić ani analizować subtelnych "za", a zwłaszcza "przeciw". W zasadzie nawet trudno było od nich wyciągnąć te deklaracje poparcia dla PIS. Ale kiedy już padły, sformułowane zostały z niesamowitą przejrzystością: My będziemy głosować na PIS, nasi szefowie na PO. Niby nic nowego, a próba badawcza niereprezentacyjna wcale. Ale było w tym echo najwidoczniej częściowo trafnego/trafiającego „My jesteśmy tam gdzie wtedy...”. Tyle, że zrozumiałe mówienie do wszystkich o podobieństwach dzisiejszych pracodawców z dawnym aparatem represji wymagałoby wybudowania lewicowych dyskursów.

Tak odkryliśmy, że punkt siedzenia (tu: za kierownicą TIRa) określa punkt widzenia, czyli – bardziej klasycznie – byt określa świadomość. A podstawową dystynkcją kulinarną – czkawką powraca Bourdieu – była oczywiście „sprawa mięsa”. My im o wolnej miłości, zaletach marchewki i paszach GMO, a oni nam że głodni. Myślę, że „sprawa mięsa” była dla nas taką samą męczarnią, jak dla nich „sprawa ZOMO”. Króliki kontra świnie?

poprzednie: Walka klas 1

15 kwietnia 2008

Walka klas 1
Poszukiwania u źródeł

Żeby zacząć zrozumiale mówić o problemie „klasowości społeczeństwa kapitalistycznego” w Polsce, trzeba to chyba zrobić z perspektywy osobistej, ludzkiej, namacalnej, ze dwa piętra poniżej całkiem sporej teorii na temat kapitalistycznego ustroju, naszego ustroju. Choć inspiracją tego cyklu artykułów (cyklu, bo będę orał regularnie) jest tu gdzieś przeczytana rada Žižka, że czas przestać jedynie działać (np. podróżować), trzeba zacząć językiem teoretycznym opisywać działalność. Zobaczmy co da się zrobić.

Zeszłoroczne wakacje zacząłem z przeczytanymi „Dystynkcjami” Pierre'a Bourdieu i liźniętą „Klęską solidarności” Davida Osta. Nawet nietrudno zgodzić się z tezą Osta, że powinniśmy czasami definiować problemy w oparciu o interesy klasowe, skoro w ogóle ich tak dotąd w PL nie definiowano. W końcu skoro kapitalizm mamy, to pewnie są gdzieś i te klasy. Tylko jak zobaczyć coś, czego wcześniej nie było widać? Bourdieu stwierdził, że różne klasy różne rzeczy jedzą, piją i czytają. A przynajmniej tak było dawniej (w XX wieku) i we Francji. Ale czy możliwe jest zabranie się do problemu klas z odwrotnej strony, tzn. czy jesteśmy w stanie wyśledzić obecne klasy społeczne po tym co jedzą, piją i czytają?

Między innymi z takimi problemami ruszyliśmy stopem w Europę. Nie bardzo świadomi tego, co nas czeka poruszyliśmy problem klas w małej hiszpańskiej knajpce w towarzystwie przesympatycznej pary Brytyjczyków. Kierowca okazał się socjologiem, który natenczas zaczął się odgrażać, że gdyby tylko miał tu jakiegoś drugiego Brytyjczyka to zaraz by nam zademonstrował jak rozpoznać przynależność do klasy społecznej po użyciu języka. Zrobiła na nas wrażenie ta deklaracja, ale w sumie to, że rozpoznać i że w języku to już słyszeliśmy. Ale co rozpoznać? Co powiedzieć jak już się widzi tę różnicę? Klasa niższa-średnia-średnia-pracująca z południa? W ten sposób uzyskać można nawet komiczny efekt, jak w artykule „Awans do klasy średniej średniej” w GW w przeddzień prima aprilisu 2008. Interesująca wydała nam się niechęć międzyklasowa, tzw. antagonizm, deklarowana przez naszych Brytyjczyków z klasy pracującej, którzy twierdzili, że nawet nie umawialiby się z kimś z klasy średniej. Łau! Próbowaliśmy trochę ich przycisnąć pytaniami o tę ich rzekomą przynależność do „klasy pracującej”, skoro studia pokończyli i rozbijają się po słonecznej Europie realizując typowo brytyjskie hobby – kupowanie domów. Po wyjaśnieniach, że przynależność klasowa nie zależy ani tak bardzo od pieniędzy, ani zawodu czy poziomu konsumpcji ODPADLIŚMY.