Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsumpcjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsumpcjonizm. Pokaż wszystkie posty

4 sierpnia 2015

„Przepraszam, czy da się to ściszyć?”, czyli o grodzeniu i utowarowieniu ciszy w przestrzeni publicznej (lub: nasłuchując pedagogiki ogłuszanych)

Z doświadczeń przebywania latem w Ustce – mieście o statusie uzdrowiska

Jeszcze kilka lat temu nie spodziewałem się, że cisza może stać się towarem. Jednak po spędzeniu części urlopu w Ustce (z powodów rodzinnych) zacząłem zastanawiać się, ile bym dał za ciszę lub przynajmniej za mniejszy hałas. Hałas jest w zasadzie kwestią subiektywną, konstrukcją społeczną, bo jest to po prostu niechciany dźwięk (Farooq, 2015; Goines & Hagler, 2007)⁠. Sytuacje, w których słyszymy czyjeś kłótnie, szczekanie psa czy nawet odgłosy uprawianego przez sąsiadów seksu uznałbym jednak za drugorzędne podczas wakacji. W dłuższej perspektywie przekładają się one oczywiście na jakość życia i decyzje mieszkaniowe, a nawet poczucie solidarności (Ureta, 2007)⁠. Jednak w Ustce i chyba w ogóle w Polsce mamy problem z mierzonym w decybelach natężeniem dźwięków (w tym niechcianych!) oraz z nagłymi jego skokami.



Najpierw omówię kilka przykładów degradacji przestrzeni publicznej i pół-publicznej, które uznałem za zorganizowane celowo, wręcz instytucjonalnie i odbywające się przy (milczącym) przyzwoleniu, a nawet zadowoleniu wielu osób. Następnie przyjrzę się incydentalnym zachowaniom anty-społecznym osób indywidualnych, których przyszło mi codziennie doświadczać w Ustce.

Bary i restauracje – puszczanie głośnej muzyki w barach i restauracjach stało się w mieście standardem. Czarę nagromadzonej w Ustce goryczy przepełniło jednak to, co zobaczyłem i usłyszałem ostatniego dnia pobytu. Nad częścią sali przeznaczoną na zabawę dla dzieci (brawo!) powieszono największy na sali głośnik. Muzyka puszczana była z niego na tyle głośno, że nie było słychać dziecięcych krzyków. Celowe? Nie wiem. Ale jakoś typowe o tyle, że w innych miastach spotykałem się z praktyką wieszania wielkich telewizorów nad kącikiem dla dzieci.

Muzycy uliczni – muzycy i performerzy rywalizują między sobą (oraz barami i szumem morza) o uwagę publiczności przy pomocy coraz głośniejszej muzyki. Pomiarów nie prowadziłem, ale wzrost głośności jest odczuwalny w przeciągu tygodnia, tzn. w poniedziałki jest znacznie ciszej niż w niedziele. Uwielbiam muzyków ulicznych. Codziennie całą rodziną jesteśmy na występach wielu z nich. Płacimy za tę przyjemność. Ale kiedy przychodzi weekend staramy się stawać z dzieckiem coraz dalej od nich, bo stają się zbyt głośni. Kiedy jeden artysta kończy utwór, to przebija się muzyka grana przez kogoś całkiem odległego – niewidzialnego z miejsca, w którym go słyszymy. To nie jest negocjowanie wspólnej obecności w przestrzeni publicznej, lecz wojna na wzmacniacze!

Sklepy z odzieżą – zarówno sklepy sieciowe, jak i te stylizujące się na sieciowe, puszczają muzykę tak, żeby słychać ją było poza lokalem. Znamy to z galerii handlowych dużych miast, czyli te wyselekcjonowane i zestandaryzowane dla całych sieci handlowych playlisty z utworami udającymi przeboje, lecz będącymi co najwyżej coverami. Warunkiem wprowadzenia utworu na listę są niskie opłaty za jego odtwarzanie. Skutkiem ubocznym jest obrzydzenie sprzedawcom tej muzyki, a przynajmniej niektórych „hitów”. Skutkiem pożądanym – nawet jeżeli nie przepadamy za danego typu muzyką – jest to jak podrygujemy między regałami i kupujemy więcej, bo z uśmiechem. Natomiast w Ustce doszło do jakiejś deformacji tej techniki marketingowej, czego przykładem jest ulica Marynarki Polskiej. Tam w czasie wakacji sklepy próbują zwrócić na siebie uwagę przechodniów przy pomocy muzyki. Chyba też rywalizują o tę uwagę z innymi sklepami, bo jako broni używają pulsujących dźwięków niskotonowych, dosłownie miażdżąc nimi konkurencję, która zechciałaby również użyć muzyki.

Festiwale – bywają wydarzeniami, w stosunku do których warto ustawić sobie kalendarz urlopowy. My co roku sprawdzamy, kiedy w Ustce odbywa się festiwal sztucznych ogni i staramy się wtedy... nie przyjeżdżać. Ze sztucznymi ogniami związany jest pewien akustyczny paradoks, który odkryliśmy któregoś lata. Polega on na tym, że huk wystrzałów łatwiej znosi się w otwartej przestrzeni, gdy wyjdzie się z domu, żeby uczestniczyć. Ale ten sam huk odbija się od ścian budynków i potęguje się w ich wnętrzu do tego stopnia, że trudno jest znieść go komuś, kto akurat nie ma ochoty danego dnia w czymś takim uczestniczyć.

Imprezy i zabawki dla dzieci – zadziwiają. Nagromadzenie automatów dla dzieci jest przy promenadzie takie, że gdy się wejdzie między te maszyny z dzieckiem (a trudno jest nie wejść), to z trudem można tam z nim porozmawiać o tym, co widzi. Niektórzy rodzice wolą w ogóle nie przychodzić z dziećmi do wschodniej części Ustki z powodu tych zabawek, co się tylko za pieniądze bawią. Odbywają się też w Ustce bardziej ambitne imprezy przeznaczone dla dzieci. Przykładowo, wczoraj (29. lipca 2015) na promenadzie dzieci mogły bawić się instrumentami muzycznymi (o ironio!). Tyle, że odbywało się to tuż obok koncertu „rockawego”, w którym dało się uczestniczyć z odległości kilkuset metrów – w mieszkaniu, pracując nad doktoratem. A na miejscu, przy wyjącej scenie, w otoczeniu kilkorga animatorów grających na bębnach, dzieci próbowały nie ogłuchnąć, jednocześnie testując różne instrumenty.

Omówione dotąd przykłady były o tyle specyficzne, że hałas powstawał przez natężenie dźwięków, z których przynajmniej część usiłuje być miła dla ucha i pociągająca. Proces decyzyjny związany z ustawieniem takiego, a nie innego poziomu muzyki jest na ogół ukryty przez publicznością, klientami, przechodniami, mieszkańcami. Nie widać też (i nie słychać) niczyjego sprzeciwu wobec takiego stanu zanieczyszczenia hałasem. I dlatego część opisanych zjawisk sprawia wrażenie, jak gdyby dostosowanych do możliwości i wrażliwości odbiorców. Innymi słowy, do wielu osób trzeba mówić głośno, bo inaczej nie słyszą z powodu ubytków słuchu. To przekonanie o dostosowywaniu głośności przekazu do osób o najbardziej zniszczonych już przez hałas zmysłach wzmacniają we mnie wizyty w kinach (z wyłączeniem jednego). Rzadkie to wizyty, ale zawsze mam przy sobie chusteczki, żeby trochę zatkać sobie uszy i dopiero wtedy odczuwam względny komfort. Z pewnością drożej wyszłoby zapewnienie takim osobom aparatów słuchowych, ale PKB kraju wzrosłoby, gdy to się jednak udało.

Natomiast w kwestii zachowań anty-społecznych przywołam przypadki spontanicznego pojawiania się hałasu w trudnych do przewidzenia miejscach i czasie.

Objazdowe reklamy – to wlekące się każdą możliwą uliczką miasta pojazdy z nagłośnieniem. Z głośników lecą od lat takie same slogany, poprzedzone strasznym na ogół dżinglem. Kwestie estetyczne są tu tylko dodawaniem „insult to injury”. Te ataki są zmorą Ustki, szczególnie dla rodziców małych dzieci, zwłaszcza jeśli ich pociechy właśnie próbowały zasnąć lub chwilę przedtem zasnęły. I nagle ni stąd ni zowąd pojawiający się pod domem samochód z głośną i nieznośną reklamą jakiejś atrakcji turystycznej może wszystkim popsuć humory. Promujące się w ten sposób „biznesy” należy oczywiście bojkotować i oczerniać, ponieważ jeśli zarządzający nimi nie mają poczucia odpowiedzialności za miasto, to nie mają go pewnie w kwestiach praw pracowniczych oraz rzetelnego płacenia podatków.

Inna kwestia – zepsute motory i samochody – szczególnie, gdy przyspieszają między domami, sprawiają, że nagły hałas kumuluje się w mieszkaniach do poziomu drgań szkła. Osoby, które celowo zmodyfikowały ustawienia pojazdów, żeby hałasować i robią to w nocy, poszukując na ulicach małego miasta okazji do gwałtownego przyspieszania to dewianci. Wbrew pozorom są nieliczni, lecz są jak komary – jeden wystarczy, żeby zrujnować noc. A jeżdżą każdej nocy. Dewianci demonstrują swoją wrogość do społeczeństwa i brak poszanowania norm i zakazów (cisza nocna, ograniczenia prędkości), starają się przy tym pozostać anonimowi. Naruszanie hałasem granic intymności innych ludzi wydaje się szczególnie dokładać do rozkładu więzi międzyludzkich i zaufania społecznego, ponieważ w wyniku ich zachowań u osób poszkodowanych rodzi się nienawiść. I jest to nienawiść do Innego, choć nigdy nie widziało się jej lub jego twarzy. Przelotność opresyjnej obecności dewiantów wyklucza możliwość natychmiastowej i równie spontanicznej reakcji na nią (zawsze jest za późno), więc nienawiść kumuluje się, procentuje – gotowa do zagospodarowania.

Muzyka – puszczana głośno w samochodach. Pozycjonuje kierowców i pasażerów pojazdów, którzy niby to puszczają ją tylko sobie. Ale basy zwykle podkręcone są tak, że całej okolicy dają do myślenia. Najprawdopodobniej ma to więc być sygnał oznaczający status społeczny – i rzeczywiście jest. Tyle że jest to manifestacja niskiego statusu społecznego (młodzi mężczyźni spod Ustki w starym samochodzie), ewentualnie postępów w poprawie swojej pozycji (mody mężczyzna spod Ustki sam w mniej starym samochodzie). Dla przypadkowego słuchacza może być to przykład jakiegoś auto-wykluczenia, ale trudno jest wykluczyć to, że istnieją dystynkcje związane np. z rodzajem i głośnością muzyki, więc cały proceder może ostatecznie kogoś przyciągać, choć tego akurat nie zaobserwowałem. Prawdopodobna wydaje się też hipoteza, że ta praktyka jest rodzajem komunikatu skierowanego do siebie i jest wypadkową próby podnoszenia niskiej samooceny kierującego pojazdem z uszkodzeniem narządów słuchu.

Przywołane przeze mnie przypadki składają się na zanieczyszczenie miasta hałasem. Jego ogrom starałem się przybliżyć szczegółowością opisu. Problem nie jest nowy, bo – przykładowo – już w starożytnym Rzymie zabraniano w mieście poruszania się po zmierzchu rydwanom i to właśnie ze względu na hałas (Goines & Hagler, 2007)⁠. Co jest nowe, to przyzwolenie i pasywność społeczna w reakcji na hałas. Tego braku reakcji nie powinna uzasadniać rzekoma dbałość o estetyczny pluralizm miasta, bo po pierwsze – miastu do niego daleko. A po drugie, od czasu, gdy wyszło na jaw, że Amerykanie torturowali jeńców wojennych przy użyciu muzyki z Ulicy Sezamkowej (Al Jazeera, 2012)⁠, stało się powszechnie jasne, że nawet skądinąd przyjemne dla człowieka dźwięki, potrafią sprawiać ból. Zresztą dźwiękowych fal o określonej częstotliwości używa się do rozpraszania demonstrantów (“LRAD,” 2014)⁠, a środowisko akustyczne zostało rozpoznane jako przestrzeń prowadzenia działań wojennych (Goodman, 2010)⁠. Natomiast badacze codziennych skutków hałasu wskazują na to, że:
„Rośnie ilość dowodów, że zanieczyszczenie hałasem nie jest jedynie dokuczliwością, ale jak inne formy zanieczyszczenia ma ono rozległe i szkodliwe skutki dla zdrowia, społeczeństwa i gospodarki. Niedawny przegląd (wrzesień 2006 roku) baz Narodowej Biblioteki Medycznej [w USA] pod kątem szkodliwych skutków zdrowotnych dał 5 tysięcy cytowań, wiele z ostatnich lat. Wraz ze wzrostem populacji i zwiększaniem się liczby i mocy źródeł hałasu bardziej narażani jesteśmy na zanieczyszczenie hałasem, co ma głębokie konsekwencje dla zdrowia publicznego. Hałas, nawet na poziomie niegroźnym dla słuchu, odbierany jest podświadomie jako sygnał zagrożenia, nawet w trakcie snu. Ciało reaguje na hałas odpowiedzią typu „uciekaj albo walcz”, z wynikającymi z tego zmianami nerwowymi, hormonalnymi i naczyniowymi, co niesie daleko idące konsekwencje. Mimo że wiele zostało napisane o zdrowotnych skutkach hałasu, to wydaje się, że wiele z tych informacji nie zostało docenionych przez środowisko medyczne, a jeszcze mniej przez opinię publiczną. W 1990 roku panel Narodowego Instytutu Zdrowia [w USA] uznał, że potrzeba kampanii o wysokiej widoczności medialnej, żeby rozwinąć publiczną świadomość skutków hałasu dla słuchu oraz środków samoobrony. Poza informowaniem opinii publicznej, programy te powinny trafiać do lekarzy opieki podstawowej i wychowawców mających do czynienia z młodymi ludźmi. Do tych rekomendacji dodajemy potrzebę informowania o wszystkich innych szkodliwych skutkach hałasu.” (Goines & Hagler, 2007)⁠
Miasta nadmorskie w Polsce, a w szczególności opisywana tu Ustka i jej mieszkańcy, padły ofiarą zanieczyszczenia hałasem bez walki. Wynika to być może z tego, że podstawowym dobrem wspólnym, które komercjalizują, nie jest wcale cisza, lecz szum. Niestety w Ustce akurat ten rodzaj dźwięku zwalczany jest hucznie, choć jest to dosłownie walka pozorowana. O czym mówię?

Morza szum – jest prawdopodobnie jednym z najbardziej oczekiwanych i relaksujących doświadczeń urlopowych w miejscowości nadmorskiej. Niektórzy – tak jak ja – cenią sobie do tego gwar bawiących się ludzi oraz przyśpiewki i pokrzykiwania obnośnych sprzedawców. W Ustce trudno jest jednak skorzystać z uroków tzw. białego szumu (w rozumieniu potocznym), ponieważ na plaży stacjonują różnego rodzaju bary, sklepy i inne urządzenia festiwalowe, które próbują przebić się – każde ze swoją muzyką – przez szum fal, który jest dobrem wspólnym.

Myśliwce – ryk krążących w powietrzu myśliwców latających nisko z ponaddźwiękową prędkością jest czymś, czego doświadcza się nieczęsto. Ale mi się udało i to na plaży. W dniu, w którym hałas z innych źródeł zdawał się słabiej docierać do plaży. I na to także trzeba się przygotować. Ustka leży bowiem przy poligonie! Nie ma na Bałyku takich fal, żeby ich szum mógł wygłuszyć odgłosy strzelania lub samoloty.


Prawo do miasta
Mało kto chyba w Polsce wierzy w to, że jest alternatywa wobec hałasu. Cisza nocna raczej dość powszechnie uznawana jest za przeżytek. Policja zbiera skargi mieszkańców na zakłócanie ciszy nocnej przez knajpy i dyskoteki, ale dopóki daną lokalizacją nie interesują się banki, to skargi te nie wydają się mieć wpływu na wydawanie pozwoleń na sprzedaż alkoholu. Ewentualne kary za zanieczyszczanie miasta hałasem są tak znikome, że nie stanowią żadnej groźby dla zarabiających wielokrotnie więcej w ciągu jednej nocy dyskotek na łodziach czy barów. Hałas jest więc racjonalizowany jako koszt popularności danego miasta. Tyle, że te koszty ponoszą ludzie i zwierzęta wokół, a zyski są indywidualizowane. A drążąc dalej: Gdzie mieszkają ci, którzy czerpią zyski, uspołeczniając koszty swojej działalności?

Nikomu chyba nawet nie przychodzi do głowy, żeby wygłuszać miejsca, w których ludzie imprezują. Hałas jest dziwnym zjawiskiem szczególnie w Ustce, bo miasto ma przecież status uzdrowiska! Jednym z wymogów utrzymania takiego statusu jest zachowanie określonych standardów dotyczących hałasu. Normy dopuszczalnego hałasu reguluje Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 14 czerwca 2007 r. w sprawie dopuszczalnych poziomów hałasu w środowisku. W uzdrowisku przy drodze poziom hałasu mierzony w przedziale czasu odniesienia równym 16 godzinom nie powinien przekraczać 50 decybeli! A w przypadku innych obiektów będących źródłem hałasu ten poziom (mierzony w przedziale czasu odniesienia równym 8 najmniej korzystnym godzinom dnia kolejno po sobie następującym) nie może przekraczać 45 decybeli. Nie sądzę, żeby Inspektorat Ochrony Środowiska prowadził takie pomiary choćby miesiąc w miesiąc. Ale jeśli tak i miasto mieści się w tych restrykcyjnych normach, to warto byłoby przyjrzeć się metodologii takich badań.

Większe miasta, takie powyżej 250 tysięcy mieszkańców, zobowiązane są tworzyć i aktualizować mapy zanieczyszczenia hałasem, zwane w Polsce dla niepoznaki „mapami akustycznymi”. To zobowiązanie nakłada na nie Dyrektywa Parlamentu Europejskiego 2002/49/EC (Environmental Noise Directive [END]).

Wyciszanie przestrzeni publicznych przychodzi więc do nas z zewnątrz, najczęściej w postaci regulacji prawnych. Niestety cisza wielu osobom wciąż kojarzy się z opresją. I do takiego jej postrzegania prawdopodobnie przyczyniła się szkoła publiczna. Uciszanie jest sposobem sprawowania władzy (Espejo, 2005)⁠. I może właśnie dlatego opór w postaci demonstracji ulicznych i rewolucji wyrażają się w hałasie, np. Pots and Pans Revolution w Islandii. Tylko, że jakoś niepokojąco rzadziej niż dawniej opór wyrażany jest we wspólnym śpiewie (wyjątkiem Krakowski Chór Rewolucyjny i niedawna rekonstrukcja rewolucji w Łodzi z 1905 roku). Ruchy społeczne wypracowały wręcz pewne światowe standardy robienia hałasu (por. Samba Rhythms of Resistance) i porozumiewania się w hałasie (por. język znaków używany do budowy konsensusu), ale nie śpiewu.


Kultura ciszy, czyli ku pedagogice ogłuszanych
Cała tradycja pedagogiki krytycznej skoncentrowana jest na (od)dawaniu ludziom głosu. W opisanym powyżej kontekście zanieczyszczenia miast hałasem zdumiewająco i niepokojąco mogą brzmieć dzisiaj słowa Paolo Freire: „Istoty ludzkie nie są budowane w ciszy, ale w słowie, w pracy, w działaniu-refleksji.” (Freire, 2005, s. 88)⁠. Tyle, że w tej koncepcji ciszy, jako przejawu bezradności, Freire przeciwstawia ludzkie słowo, które jest zdolnością nazywania. Nie walczy przy pomocy mechanicznego hałasu-towaru z ciszą, jako możliwością azylu, namysłu i medytacji (Freire, 2005, s. 88, przyp. 3)⁠. Jeżeli zgodzimy się co do powyższego, to ciekawy wgląd w proces współczesnego uprzedmiotowienia hałasem daje inny fragment poświęcony ciszy:
„Nasze zaawansowane technologicznie społeczeństwo szybko uprzedmiotawia większość z nas i subtelnie programuje nas ku konformizmowi z logiką systemu. W stopniu, do którego to zachodzi, zanurzamy się również w nową 'kulturę ciszy'. Paradoks polega na tym, że ta sama technologia, która nam to robi, tworzy również nową wrażliwość na to, co się dzieje.” (Freire, 2005, s. 33-34)⁠
Trudno nie dostrzec tu pewnych analogii z obecną sytuacją, w której powszechną bronią zagłuszanych stało się wkładanie słuchawek. A więc technologii opresji używamy jako technologii wytchnienia. Nierzadko przecież jest to dziś formą radzenia sobie z bezradnością. Taka jednostkowa izolacja w ogóle umożliwia cielesną obecność wśród ludzi we wrogim, bo skażonym hałasem środowisku. Jednocześnie takie uniki przy pomocy słuchawek wytwarzają szereg niewrażliwości na opresyjny hałas. Nie słysząc (dzięki ubytkom słuchu) lub słysząc swoje (dzięki słuchawkom) jesteśmy zwolnieni z konieczności wartościowania tego, co dzieje się we wspólnym świecie. Przy tym wszystkim jesteśmy w stanie zachować błogi i nieudawany już uśmiech. Dlaczego jednak izolować się mają ci, którzy mają prawo żyć w ciszy, a nie ci, którzy hałasują?

Pytania, jakie zadawałem sobie w usteckim hałasie rzadko dotyczyły mnie samego. Pedagogika ogłuszanych, o której chciałbym kiedyś usłyszeć, powinna być pedagogiką krytyczną. Ogłuszenie jest formą opresji. Wymagałoby to jednak doprecyzowania pewnych używanych dotąd pojęć, tj. kultury ciszy, oraz zmierzenia się z szeregiem kwestii praktycznych. W tym roku Ustka dostarczyła mi aż nadto sytuacji do rozmyślań i pytań. Oto niektóre z nich:
  • Jak zasnąć i jak spać w hałasie nagłym, który organizm odbiera jako zagrożenie?
  • Czy możliwa jest drzemka w środku dnia, gdy nie obowiązują żadne normy emisji hałasu?
  • Jak czytać dziecku bajkę na dobranoc lub zaśpiewać kołysankę, kiedy co kilka minut przejeżdża pod domem rozpędzony motor?

Jedyne, z czym tak naprawdę poradziliśmy sobie to:
  • Jak komunikować się z dzieckiem w restauracji, gdy pozostając w części dla dzieci jest zagłuszane muzyką, a mówi coś do nas, siedzących przy stoliku?

Wiele można nauczyć się od osób niesłyszących. Z dzieckiem w takiej sytuacji komunikować się można na migi, zwłaszcza jeśli w okresie niemowlęcym próbowało się tzw. bobomigów. W naszej rodzinie konstruowaliśmy zestaw potrzebnych nam znaków sami, głównie przy pomocy słownika Spread the Sign.

W sytuacji mniejszego hałasu, lecz gdy dziecko nas nie widzi lub nie może odnaleźć wzrokiem, przydaje się umiejętność wydobywania z siebie (językiem o podniebienie) sygnału klikania – podobnego do tego, jakiego używają niektórzy niewidomi do echolokacji. Nie zwraca to zwykle niczyjej uwagi poza zainteresowanym dzieckiem.

Jednak w restauracji ostatecznie zastosowaliśmy najprostsze rozwiązanie – prośbę do obsługi: „Przepraszam, czy da się to ściszyć?”. Ściszyli. Mimo to niepokój pozostał, ponieważ stawia nas to w sytuacji odzyskiwania ciszy. Może wolelibyśmy być pytani o to czy można w naszej obecności zgłośnić? Nie w każdej sytuacji wiadomo kogo i jak poprosić. W niektórych sytuacjach trzeba demonstrować status społeczny. Przykładowo, w restauracji prosimy z uprzywilejowanej pozycji klienta.

Tym, którzy nie mają lub nie potrafią uczynić widocznym swojego statusu pozostaje organizowanie się, protest lub zakup odpowiednio oznaczonego miejsca. O tym, że jest taka potrzeba może świadczyć niedawno opublikowana informacja, że rozważane jest wydzielenie stref ciszy w pociągach typu pendolino. Sądząc po tym, ile serwisów podchwyciło ten temat i jak intensywnie był on komentowany, wydaje się, że potrzebę ciszy ludzie odczuwają wciąż lub odczuwają na nowo. A naukowcy prowadzą badania nad tym, na ile ludzie wyceniają ciszę (Istamto, Houthuijs, & Lebret, 2014)⁠. Robią to zapewne z intencją chronienia jej tak, jak chroni się majątek. Otwiera to jednak niebezpieczną możliwość znalezienia się kogoś, kto podkupi nam taką ciszę zdefiniowaną jako zasób.

Tym, którzy nie mają dokąd uciec przed hałasem ani czym zapłacić za ciszę, pozostaje do dyspozycji najtańsze narzędzie samoobrony – edukacja. Na początek najprościej jest porozmawiać o hałasie, czyli o tym jakich dźwięków, kiedy i gdzie nie lubimy. I o decybelach. Materiały edukacyjne, które znalazłem na stronie Noise Off, nie powinny sprawić problemu osobom, które nie czują się na siłach wyjaśniać, jak działają fale dźwiękowe. Następnie proponuję jak najszybciej skorzystać ze smartfonów i dołączyć do któregoś z projektów nauki obywatelskiej (citizen science). Okazuje się, że przy pomocy odpowiedniej aplikacji można przemienić telefon w detektor hałasu w mieście, dzięki czemu nawet niewielkie społeczności są w stanie budować mapy natężenia hałasu. Okazuje się, że dołączenie do grona uczestników-badaczy podnosi poziom zainteresowania tematem i wyostrza świadomość problemów z nim związanych (Traver, 2012)⁠. Mam nadzieję, że tak uzbrojeni przyjedziecie do Ustki testować swoje praktyki i teorie pedagogiki ogłuszanych. Jeżeli odzyskacie szum morza i ciszę lata w nadmorskich miejscowościach w Polsce, to trudy wyciszania metropolii nie będą Wam już wtedy straszne.


Na koniec ciekawostka! Niedawno media donosiły też o wynikach badań, mówiących, że ludzie słuchający w młodości metalu są dzisiaj lepiej przystosowani do rzeczywistości. W badaniach tych dużo jest o tożsamości, wartościach i o przezwyciężaniu problemów związanych z dorastaniem itp. (Hines & Mcferran, 2014; Howe et al., 2015)⁠. Mnie jednak zastanawia to, jak z człowieka, który chodził spać z Emperorem na uszach stałem się po latach człowiekiem, który pisze o ciszy. Odpowiedź, że czarny metal jest muzyką bliską białemu szumowi (Sirko, 2013)⁠ uznaję za niewystarczającą.

Z wyrazami solidarności z ogłuszanymi
Piotr Kowzan


Bibliografia

Al Jazeera. (2012). Songs of War. Al Jazeera World. Retrieved from http://www.aljazeera.com/programmes/aljazeeraworld/2012/05/201253072152430549.html

Espejo, J. L. (2005). Politics of Aural Space. Madrid City Council’s Noise Brigades. VAA ARTe SONoro La Casa Encendida, (1982).

Farooq, U. (2015). From Sound To Noise Insulation : A Journey. International Journal of Engineering Research and General Science, 3(1), 408–413.

Freire, P. (2005). Pedagogy of the Oppressed (30th Anniv.). New York. London: Continuum. doi:10.4324/9780203420263

Goines, L., & Hagler, L. (2007). Noise Pollution: A Modern Plague. Southern Medical Journal, 100(3), 287–294. Retrieved from http://docs.wind-watch.org/goineshagler-noisepollution.html

Goodman, S. (2010). Sonic warfare: Sound, affect, and the ecology of fear. Cambridge, MA: MIT Press.

Hines, M., & Mcferran, K. S. (2014). Metal made me who I am : Seven adult men reflect on their engagement with metal music during adolescence, International Journal of Community Music, 7(2), 205–222. doi:10.1386/ijcm.7.2.205

Howe, T. R., Aberson, C. L., Friedman, H. S., Murphy, S. E., Alcazar, E., Vazquez, E. J., & Becker, R. (2015). Three Decades Later: The Life Experiences and Mid-Life Functioning of 1980s Heavy Metal Groupies, Musicians, and Fans. Self and Identity, 14(5), 1–25. doi:10.1080/15298868.2015.1036918

Istamto, T., Houthuijs, D., & Lebret, E. (2014). Willingness to pay to avoid health risks from road-traffic-related air pollution and noise across five countries. Science of The Total Environment, 497-498, 420–429. doi:10.1016/j.scitotenv.2014.07.110

LRAD. (2014). Wikipedia, wolna encyklopedia. Retrieved from https://pl.wikipedia.org/wiki/LRAD

Sirko, R. (2013). Inny noise. Biały szum a czarny metal. Glissando, 22(22). Retrieved from http://www.glissando.pl/tekst/inny-noise-bialy-szum-a-czarny-metal-2/

Traver, C. J. (2012). Investigating noise pollution using smartphones and citizen scientists, (November), 1–22. Retrieved from http://www.christophertraver.com/assets/christopher-traver-intel-sts.pdf

Ureta, S. (2007). Noise and the Battles for Space: Mediated Noise and Everyday Life in a Social Housing Estate in Santiago, Chile. Journal of Urban Technology, 14(3), 103–130. doi:10.1080/10630730801933044

21 stycznia 2010

Spotkanie z Keithem McHenrym - założycielem Food Not Bombs



Szanowni Państwo, Drodzy Koledzy i Koleżanki!

Mamy przyjemność zaprosić was na niecodzienne wydarzenie w ramach Koła Naukowego Badaczy Kultur "Na Styku". W Polsce gościć będzie Keith McHenry, założyciel antywojennej inicjatywy rozdawania żywności, "Food Not Bombs", która to inicjatywa funkcjonuje również w Polsce, pod nazwą "Jedzenie Zamiast Bomb"*. Od jej założenia upływa właśnie 30 lat, co dla Keitha McHenry'ego stało się okazją do podróży po świecie i pisania drugiej książki o ruchu - tym razem z perspektywy bardziej międzynarodowej.

Jedyne w naszym kraju spotkanie otwarte z Keithem McHenrym odbędzie się właśnie w Gdańsku. Keith McHenry opowie, jak to się stało, że wybrał taki właśnie sposób na kontestowanie zbrojeń i pomoc ludziom, pokaże też krótki film ze swojej wyprawy do Nigerii, gdzie 4 lata temu zakładał filię ruchu "Jedzenie Zamiast Bomb".
Zarówno wykład, jak i film będą tłumaczone na język polski. W ramach spotkania przewidzieliśmy czas na dyskusję.

Zapraszamy do kawiarni "Delfin" w Oliwie (ul. Opata Rybińskiego 17) na niedzielę (24.01.2010), godz. 15:00. Wstęp wolny!

- Koło Badaczy Kultur "Na Styku" na Uniwersytecie Gdańskim
- Jedzenie Zamiast Bomb - Gdańsk
- Jedzenie Zamiast Bomb - Gdynia
- Otwarty Komitet Uwalniania Przestrzeni Edukacyjnych i redakcja okupe.blogspot.com

* Food Not Bombs - dosł. Żywność Zamiast Bomb - to inicjatywa światowego ruchu antywojennego polegająca na regularnie organizowanych akcjach rozdawania darmowej żywności na ulicach miast. W ten sposób działacze Food Not Bombs chcą pokazać, że potrzeba zapewnienia powszechnego dostępu do żywności nie jest tak trudna do zaspokojenia, by przedkładać nad nią interesy producentów broni. Zapoczątkowana w Stanach Zjednoczonych Ameryki w 1980 roku, inicjatywa Food Not Bombs w ciągu trzech dekad rozprzestrzeniła się na wszystkie kontynenty świata.

Na terenie Trójmiasta akcje pod hasłem Jedzenie Zamiast Bomb odbywają się przed budynkami dworców głównych PKP: w Gdyni w soboty o godz. 12:00, w Gdańsku w niedziele również o 12:00. Udział w nich jest otwarty dla wszystkich.

1 czerwca 2009

Derek Monroe: Consumer Self-Defence


wtorek, 9 czerwca, godz. 17:00, WNS S207

Techniki Samoobrony Konsumenckiej, czyli co może wydarzyć się pomiędzy osobowością a osobowością prawną. Czy umiemy wychować homo economicusa tak, by zechciał przestrzegać standardów etycznych, którymi posługujemy się jako ludzie? We wtorek dowiemy się czy takie mechanizmy wypracowała kultura amerykańska, której integralną częścią stała się hodowla korporacji. Wykładem o Technikach Samoobrony Konsumenckiej mamy nadzieję rozpocząć dyskusję nad możliwościami umiędzynarodowienia wzajemnej pomocy i kultury współpracy w zakresie demokratycznej kontroli nad organizacjami oddziałującymi na jakość życia wszystkich ludzi na Ziemi.

Derek pochodzi z USA. Pracuje jako niezależny dziennikarz i współpracuje z wieloma międzynarodowymi agencjami medialnymi. Przydomek "etyczny terrorysta" doskonale opisuje jego zaangażowanie w sprawę, o którą walczy. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wytoczył ponad 50 spraw sądowych wielu korporacjom naruszającym prawa konsumenta. Większość z tych procesów wygrał. Wśród tych firm znajdowały się miedzy innymi: JP Morgan Chase Bank, Citibank, TCF Bank, Fleet Bank,MB Financial, Mazda North America, Worldcom, Delta Airlines, Air France, American Airlines, Kmart Corp,CVS Corp., Walgreens Co.,AT&T, Albertsons Inc, Cub Foods, Wyndham Inc, ...

Przed spotkaniem warto przeczytać:
How much does culture and lifestyle affect behavior?
Economic and Financial Literacy Course (podcast w linkach)

10 marca 2009

Nurkowanie w śmieciach

Po wykładzie z pedagogiki porównawczej, gdzie mówiłem o nomadach edukacyjnych i moich badaniach, zapytał mnie student czy słyszałem o freeganach. Odniosłem wrażenie, że w szczególności ten aspekt grzebania w śmietnikach był jakoś niewyobrażalny. Może to tylko dlatego, że w Polsce śmietniki są brudne.

Może film "Skipping Waste" o zdobywaniu żywności przez nurkowanie w śmietnikach (dumpster diving food) pomoże zrozumieć co zapewnia trwanie kulturze alternatywnej. I skąd taka dowolność stylów życia w krajach bogatej Północy. A przede wszystkim można zobaczyć jak wyglądają śmieci i jaka jest skala procederu marnowania jedzenia. Dla chcących współtworzyć: Trashwiki

Produkcja i monataż: Lily Barlow
czas: 42 min.


Skipping Waste from mirco on Vimeo.

16 maja 2008

Psikał

W idealnym społeczeństwie nikt by nie robił takich reklam, nie byłoby też dla kogo ich robić, a jeśli już taka reklama by powstała, wściekły tłum pozrywałby te plakaty i obrzucił siedzibę firm psim kałem.

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie. Ktoś w końcu odważa się po polsku mówić o idealnym społeczeństwie! I okazuje się, że reklama raczej nie będzie częścią lepszego świata [6][7][8]. Analizowanie przekazu, demaskowanie ideologii i takie tam "wydziwiania" [intelektualistów] to już... robiliśmy [1][2][3][4][5]. Ale ten PSI KAŁ to naprawdę mocny pomysł. Coś mi się widzi, że nasza droga do idealnego społeczeństwa nie będzie usrana różami.

Cała Polska wie już, że reklama jest polityczna. Ale dobrze jest pamiętać, że reklama jest tylko częścią procesu przemiętaszania człowieka w konsumenta. Tą widoczną. A co z "ubekami"? [*]

10 kwietnia 2008

I will do anything... TO GET MY DIGNITY BACK

To Kopenhaska akcja-spontan przeciwko seksizmowi. A zaczęło się dość niewinnie (czyli jak zwykle) od rozmów przy winie. O tym, że reklamy stają się coraz bardziej nachalne, że manipulują obrazem kobiet jak zwykle. I że obecności tego typu reklam trzeba się przeciwstawiać. I że w zasadzie... mamy farbę :) Nawet hasło wymyśliła solenizantka przy stole. A potem my wróciliśmy do naszego domu i trochę zapomnieliśmy.

Ale dziewczyny z nauk politycznych Uniwersytetu w Kopenhadze zadziałały! Ktoś życzliwy poinformował media, które w Danii chwytają takie tematy : Kreatywny wandalizm przeciwko reklamom. Bo to media PUBLICZNE, dla obywateli, a nie konsumentów!

16 listopada 2007

Przyszłość pracy: elastycznie, dorywczo i nomadycznie

Elastyczne formy zatrudnienia jakie znacie są niczym wobec tego, co czeka nas w niedalekiej przyszłości. Japończycy już stworzyli serwis OTET.JP (o serwisie tu), który z czasem ma szanse stworzyć raj nieodróżnialny od piekła. Początkowa idea jest prosta - Otet to sieciowa giełda pracy, lecz zamiast komputerów, łączy posiadaczy telefonów komórkowych. Niewielka różnica? Ponieważ telefony korzystają z GPS, serwis umożliwia płynne dopasowywanie się ofert do aktualnej pozycji użytkownika/pracownika. Spacerujesz po mieście i nagle dowiadujesz się, że w restauracji opodal potrzebny jest ktoś do pozmywania naczyń, albo zastępstwo w pobliskiej szkole. Wiarygodność pracodawcy możesz oczywiście sprawdzić przeglądając komentarze poprzednich pracowników. A gdyby tak połączyć serwis z zaawansowanym systemem monitoringu? Wtedy wycenie można by poddać wszelkiego typu aktywności spontanicznie pojawiające się w przestrzeni publicznej! A zamiast na komórce wysokość honorarium wyświetlana byłaby na ekranie specjalnych okularów (A może implanty? Na implanty to trzeba sobie zasłużyć!). Wrzucenie leżącego na chodniku papierka do śmietnika, pomoc starszej pani w przejściu przez jezdnię, umycie szyby w samochodzie, pomoc w ustawieniu towaru na półkach, chwilowe zastąpienie sprzedawcy w sklepie, wskazanie drogi zagubionemu turyście - te wszystkie drobne aktywności/uprzejmości, do których tak trudno było kiedyś przekonać młodych ludzi mogą zostać wycenione! Ale oczywiście nie tylko to. Jest także miejsce na specjalne oferty. Inteligentny system identyfikacji i zarządzania może wycenić, ile warte jest nakłonienie innego przechodnia do przystąpienia do naszego serwisu. Można będzie zarobić zachęcając wagarowicza do powrotu do szkoły, a trochę mniej jeśli uda się jedynie zatrzymać go na miejscu do czasu przybycia policji. Niesłychanym szczęściem zawodowym byłoby znalezienie się w pobliżu napadu na bank - jeszcze przed bohaterskim zatrzymaniem bandytów człowiek mógłby sobie skalkulować ryzyko, wiedząc na pewno, ile taka dorywcza praca jest rzeczywiście warta. Byłoby też z pewnością miejsce na wspólną zabawę. Wyobraźcie sobie użytkownika, który mając trochę pieniędzy do wydania zaproponuje pewną sumę każdemu, kto w określonyym miejscu i czasie spontanicznie zacznie udawać np. żabę. Przy odpowiednich środkach flash-moby mogłyby w końcu osiągnać jakieś poważniejsze rozmiary. A działania szkodliwe społecznie nie będą wyceniane, co powinno zniechęcić zwłaszcza ludzi zainteresoanych szybkim wzbogaceniem się. Oczywiście efektywność sieci zależy od jej gęstości i zasięgu. Mogłoby się zdarzyć i tak, że wędrując po mieście weszlibyśmy na obszar, gdzie nikt niczego nie proponuje. Ale inteligentny program nawigacyjny mógłby nas przed takimi miejscami chronić i zawczasu ostrzegać.

Dorywczy pracownik wiódł będzie spontaniczne życie. Nie będzie znał miejsca ani godzin swej pracy. Wychodząc z domu będzie jak włóczęga nomada przecinał szlaki bez z góry określonego celu. Swoim zaangażowaniem w sprawy społeczne przypominał będzie prawdziwego aktywistę, zaangażowanego na poziomie dawniej możliwym do osiągnięcia jedynie anarchistom, ludziom głęboko religijnym lub zideologizowanym. Oczywiście zawsze są kontestatorzy, ale każdy człowiek jako pełnoprawny użytkownik będzie mógł proponować innym zmienianie świata na jeszcze lepszy, a jego/jej oferta wraz z proponowaną ceną zostanie błyskawicznie zweryfikowana przez rynek.

Czy twoja szkoła przygotowuje cię do takiej przyszłości?
Czy związki zawodowe są komukolwiek potrzebne?
Czy cenisz sobie własną (!) elastyczność?
Czy chcesz być policjantem lub strażakiem?

7 lipca 2007

Uwaga sekta.
Czy Ty też kochasz za kupy?

Chcieliśmy kupić sobie dzisiaj piwa w znanym nam wcześniej osiedlowym sklepiku we Wrocławiu. On niestety też przemienił się w agencję udzielającą kredytów. Podobnie stało się z wieloma tzw. niszowymi sklepami w centrum Słupska (nawiasem pisząc ciekawe czy warunki wynajmu lokali nie powinny być różne dla różnych form prowadzonej działalności, a może i rodzajów). Ale symbolem przemian pozostaje dla mnie wciąż ulica Rajska w Gdańsku. W pewnym uczęszczanym jej odcinku jest jeden sklep z telefonami, jeden malutki z alkoholem, a reszta to kolorowe wariacje na temat: weź u nas kredytów kupę. Gdzie wydawać te wszystkie pożyczone pieniądze?!

Do Sejmu wrócił projekt ustawy o tzw. upadłości konsumenckiej. Chodzi o to, by osobom, które wpadły w spiralę kredytową umożliwić spłatę długów np. przez wstrzymanie naliczania odsetek, spojrzenie na zadłużenie w całości, zmniejszenie długu i rozłożenie go na lata. Tak mi się przynajmniej wydawało dopóki nie posłuchałem co o tym mówiono w telewizji. Pani reprezentująca organizację konsumencką (4.07.2007 TVN 24) twierdziła, że upadłość powinna być tylko dla osób zadłużających sie racjonalnie (w swojej naiwności liczyłem, że pani reprezentuje ludzi), które z powodów losowych nie mogą spłacać. A reszta opinii była jeszcze dalej od życia ;)

W przypadku wydarzeń losowych to mamy już narzędzia - ubezpieczenia kredytów. Upadać mogą firmy, ich właściciele mogą zakładać kolejne i nikt nie proponuje obostrzeń typu - upaść można tylko raz w życiu. Zupełnie dziwaczny wydaje mi się pomysł badania czy długi powstały mimo racjonalnych decyzji konsumenta. Jak można podejmować racjonalne decyzje w świecie, w którym:
a) kartę kredytową dostać można przy dochodach rzędu 500zł miesięcznie
b) pracownik banku dostaje prowizję od sprzedanych kart kredytowych?

W świecie, w którym człowiek człowiekowi... sprzedawcą nie można liczyć na radę drugiego człowieka. Ciekawe czy kiedyś w przyszłości ludzie zwodzący innych okrzyknięci zostaną np. płatnymi zdrajcami, pachołkami.. korporacji? I na nic zda się tłumaczenie, że wszyscy, że podłe czasy - zakaz sprawowania funkcji publicznych :))) W gazetach publikuje się artykuły o "podkręcaniu zdolności kredytowej". Jeżeli nie można polegać na przekazywanych informacjach, to jakiej racjonalności oczekujemy? Oczywiście standardem jest, że każde zachowanie niezgodne z oczekiwanym modelem jest medykalizowane. W czasopismach psychologicznych (widziałem w Charakterach "Grypa prosto z dobrobytu ") pojawia się więc termin affluenza.





Dlatego uruchomiliśmy mały projekt edukacyjny. Najpierw skontaktowaliśmy się ze Strażą Miejską w Gdańsku Oliwie w sprawie zaśmiecania okolicy ulotkami o kredytach. Zero reakcji. Potem zdzieraliśmy, ale "powracały". Teraz naklejamy napisiki UWAGA SEKTA (Rozbrat w 1998 roku robił akcje "uwaga sekta"). Bo czyż "biorąc" kredyt konsumencki nie poddajemy się przywództwu biurokratycznego aparatu (fochy, stopy, formularze). Zadłużeni muszą przyjąć za swoją określoną wizję świata - muszą postępować racjonalnie (nie wiadomo jak, ale ważne by potrafili to udowodnić). A na końcu oddać trzeba swojej sekcie wszystko co się posiada, a nawet więcej - oddać trzeba i to czego się jeszcze nie posiada, przecież na ogół pożyczamy pod przyszłe dochody.

Straszymy sektami, bo ostatnio coraz więcej słychać o próbach spisywania organizacji, grup muzycznych itp. Dojdzie do tego, że weganizm będzie podejrzany! Podobno każde narzędzie użyte przeciwko "rynkowi" zostaje wciągnięte w język reklamy, zbanalizowane. Jeśli jest taka teoria, to niech to będzie przyczynek do badań podstawowych w tym temacie ;)

Koszt kartki samoprzylepnej: 70 gr
Koszt druku: nie podejmuję się liczenia
Ilość napisów na kartce A4: 22
Tusz, o dziwo, nie rozmywa się na deszczu.
"Czarno na białym" jest dobrze widoczne, bo reklamy są zwykle zbyt kolorowe
Mnóstwo zabawy na każdym spacerze.

12 czerwca 2007

Efekt Axe

Nasz gdański kampus zaatakowały reklamy w formie naklejek w kuchniach i toaletach akademików oraz szablonów na chodnikach. Strasznie trudno mi o nich pisać, bo nie chcę ich promować. Nie chcę też udawać, że ich nie ma. W realu niszczymy więc z Oddziałem Gośka co popadnie (zrywanie, dewastacja), a w Internecie - subwersja.

Wydaje mi się, że jedynym skutecznym sposobem uczenia rozumienia reklam jest po prostu nauka czytania (Freire). Jest co robić w tym zakresie. Tutaj ograniczę się jedynie do wrogiej interpretacji dostępnej jedynie tym, co już to potrafią.

Za cel reklamowych naklejek (celowo rozmijam się z pojęciem wlepki) obrano kobiety wykonujące zawody nisko płatne: "Nauczycielki uczą nocami", "Wychowawczynie lubią sprawdzać", "Pielęgniarki nie odchodzą od łózek", przedszkolanki, bibliotekarki... W świadomości społecznej mówi się, że do wykonywania tych zawodów potrzebne jest wręcz tzw. powołanie.

Target, czyli zapewne ci, którzy jakiś kontakt mają z wykonującymi te zawody, to oprócz studentów, prawdopodobnie także uczniowie i pacjenci. Przy okazji utrwalania reklamowych haseł przeprogramowuje się myślenie o kobietach i tzw. budżetówce. Czyżby irracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia wybory zawodu podszyte były seksualnymi pragnieniami? Przyjęcie przez dzieci takiej perspektywy w zasadzie uniemożliwia reprodukcję kultury. Jest to o tyle istotne, że alfabetyzm uodparnia na reklamę, a przynajmniej karze podnosić jej poprzeczkę, czegoś (prawdy?) zaczyna się od jej producentów wymagać.

Promowany w tych reklamach produkt jest [po]tworem jednej z największych korporacji na świecie. Warto przyjrzeć się produktom w swojej lodówce, łazience... jaki procent tego, co kupujemy stanowi Unilever. Ich produkty promowane są tak, żeby trafiały do wszystkich kultur. Bynajmniej nie dlatego, że czerpią z różnorodności. Operują na najprostszych skojarzeniach. Pod tym względem reklamę można uznać za najdoskonalsze narzędzie komunikacji międzyklasowej! Oto wykształceni i inteligentni (klasa średnia) mówią robotnikom czego mają pragnąć od posiadaczy. Pragnąć mogą tylko tego, co jest. Ale chyba istotniejsze jest jak ten język klasowy "trzeszczy" w tym opisie. Może do opisu klasowych podziałów w społeczeństwie nadałyby się bardziej pedagogiczne kategorie: analfabeci, wtórni-analfabeci z jednej strony, z drugiej - czytelnicy (interpretatorzy) i pisarze (twórcy reklam, copywriterzy). Prymitywna treść reklam jest dla analfabetów, ich forma jest dla czytelników, a właścicielami jesteśmy podobno wszyscy (przez udział w towarzystwach emerytalnych), pisarze tylko tu zarządzają ;)

Znakiem czasów jest także to, że korporacje za cel nie wzięły sobie np. katechetek, zakonnic. One nie uczą nocami? Używać można sobie tych, którzy dają się używać. Dlaczego "efektem axe" nie zobrazować też scenek typu: "Komornicy nie odchodzą od łóżek", "Bezdomni lubią sprawdzać", "Rak zabija" czy właśnie "Dzieci śmierdzą"?

Dzieci śmierdzą


Kampania Efekt Axe interesująca jest z wielu powodów (teraz analfabetę wyczujesz na odległość, jak niegdyś pismo nosem). Reklamówki filmowe wydają się inspirowane "Pachnidłem" - wystarczy roztoczyć wokół siebie odpowiedni zapach, a ludzie (w reklamach tylko kobiety) bezmyślnie lgną do jego źródła. Reklama ewidentnie ignoruje pachnidlany kontekst. A dzięki niemu korporacja mówi niemal wprost, że ten ich 'odpowiedni zapach' jest efektem zbrodni. Ile osób Unilever musiał zabić, żeby wyprodukować coś tak niesamowitego? Co więcej, akt obsikania się jest jedyną podstawą niezwykle wprost kruchej władzy nad ludźmi i jest jednocześnie aktem samozagłady.

O ile 'Pachnidło' można uznać nawet za alegorię współczesnego populizmu, o tyle 'Efekt Axe' jest symbolicznym przyznaniem się korporacji do swoich antyhumanistycznych poszukiwań nowych [po]tworów. Co więcej, Unilever pokazuje nam, że osiągnęło już szczyt doskonałości. Nie jest jedynie zdolna dokonać samozniszczenia. Tę codzienną praktykę pozostawia użytkownikom swoich produktów.

2 maja 2007

Pierwszomajowe impresje

Kiedy zobaczyłem uliczną reklamę pracy w McDonaldzie „Moja praca jest tak ciekawa, jak książki, które czytam”, to pierwszą moją myślą było domniemanie, że uśmiechnięta photoshopem pani czyta książkę telefoniczną. Tylko czy konfidenci przemysłu reklamowego próbując okłamać założoną liczbę odbiorców przy okazji nie zdiagnozowali stanu kultury, tudzież uczestnictwa w niej?

Podczas panelu dyskusyjnego „Po co nam praca?” (prowadzonego przez chyba znanego prezentera TV) z okazji festiwalu filmowego „Godność i praca” jeden z prelegentów (Janusz Bohdziewicz w wystąpieniu "Praca jako ucieczka") wygłosił tezę o współczesnym braku (wyczerpaniu się) wartości, dla których ludzie gotowi byliby przerwać pracę. Kiedyś robotnicy walczyli o (nie więcej niż) ośmiogodzinny dzień pracy strajkując. Wierzyli, że w życiu człowieka są sprawy ważniejsze niż praca. Zaledwie około 15 osób przysłuchiwało się dyskusji. Czyżby wszyscy pracowali tak zawzięcie...?

Być może ludzie zdyscyplinowani zaciągniętymi kredytami konsumpcyjnymi wręcz domagają się, by pracować więcej – nawet pierwszego maja. I żaden strajk generalny nie jest już możliwy, bo jak twierdzi Jarosław Urbański (posłuchaj zapisu seminarium Lewica od Foucaulta), w razie masowych wystąpień wystarczy podnieść stopy procentowe, by przywrócić porządek. Wszyscy grzecznie wrócą do pracy ze strachu przed komornikiem.

Oddział Gośka rozjuszona stanem świata (po wysłuchaniu wykładu) poprowadziła nasz pierwszomajowy spacer ulicami Oliwy dokumentując narzucające się przejawy szkodliwej społecznie propagandy.

Po śladach widać było, że samo zrywanie ulotek to syzyfowa praca. Po „obywatelsku” zgłosiliśmy więc sprawę dewastacji do Straży Miejskiej. Zobaczymy czy da się szczuć różne władze przeciwko sobie.

Międzynarodowy Dzień Pracowników zamknęliśmy obejrzeniem wiadomości w duńskiej telewizji (TV Avisen). Drugą wiadomością tego wieczoru (18:30) byli Polacy zachęcający do wstępowania do związków. Paradowali w koszulkach „Jestem związkowcem”. W Danii pracuje ok. 20 tysięcy Polaków, a jedynie ok. 600 należy do związków! Polacy w Danii walczą o to, by być traktowanymi jak Duńczycy. W Polsce też mogliby o to walczyć, bo uniwersalizm dość przecież abstrakcyjnej myśli typu „by być traktowanym jak człowiek” może nie zostać zrozumiany przez media.

3 kwietnia 2007

Skąd się biorą pieniądze?

Czy zauważyliście jak niewielu ludzi może porozmawiać ze sobą o wspólnie przeczytanych książkach? Jest to szczególnie dziwne w przypadku (ubożejącej) inteligencji/klasy średniej w Polsce. Jednoczącym wszystkich tematem, w którym ludzie z różnych środowisk zyskali niezwykłe kompetencje, monitorują pojawiające się nowości i chętnie wymieniają informacjami są kredyty. Wiedza na ten temat jest ważna, bo jest elementem ich codziennej walki o przetrwanie.

Problem w tym, że mało kto rozumie jak powstają pieniądze, dlaczego ich używamy, dlaczego akceptujemy i jak to się dzieje, że im UFAMY! Ten film jest dobrym przykładem na wykorzystanie możliwości stworzonych przez sieć w edukacji.



Interesującym doświadczeniem jest tworzenie własnych, społecznych pieniędzy lub nawet alternatywnych form wymiany. Te eksperymenty nie muszą być od razu trwałe, ani uniwersalne. Wręcz powinny być dopasowane do potrzeb społeczności. Czasem wystarczy po prostu przetłumaczyć to, czego dokonują inni.

Dobrze jest wiedzieć, że niektórym - zwłaszcza wykluczonym - takie rozwiązania mogą być natychmiast potrzebne, bo trzeba przywrócić sens pracy do wykonania. Odsyłam tu do artykułu Tomasza Szkudlarka "Koniec pracy czy koniec zatrudnienia. Edukacja wobec presji światowego rynku" opublikowanego w książce "Rynek, kultura neoliberalna i edukacja".

Warto poczytać o wciąż tworzącej się Ogólnokrajowej Sieci Wymiany Dórb i Usług, czyli LETS.

Interesujący jest także, Społeczny Serwis Pożyczkowy Zopa.

Bubbler.pl Darmowy serwis Wymian Przedmiotów i Usług

Banki oparte na jednostce czasu: międzynarodowe i polskie.

A to pomysł zbierający idee podróżowania, uniwersytetu i nowych ekonomii rozwija Center for Adventure Economics w ramach sieci wymiany gościnności CouchSurfing.

Cyclos Software, czyli Społeczna Administracja Pieniądzem.

1 marca 2007

Ucząc się od Ladakhu

Są takie miejsca na świecie, które przyciągają i inspirują bardziej niż inne. Takim edukacyjnie magicznym miejscem jest leżący w Indiach Ladakh zwany Małym Tybetem. Rozsławiła to miejsce Helena Norberg-Hodge swoją zekranizowaną analizą destrukcyjnego wpływu globalizacji na lokalne kultury pt. „Learning from Ladakh”. Zarówno książka jak i film walnie przyczyniły się do rozwoju ruchu wiosek ekologicznych (Global Ecovilage Network) na całym świecie. Helena nauczyła się miejscowego języka, dzięki czemu miała wgląd w świat lokalnych wyobrażeń i nadawanych 'nowemu' znaczeń. Przez 12 lat obserwowała postępującą destrukcję wspólnot i narodziny nędzy. Dzieci zostały zabrane do szkół, nie było komu pomagać w rolnictwie, więc obowiązki te wzięły na siebie kobiety. Popkultura, oferując łatwe i szybkie zaspokojenie, zadziałała szczególnie pociągająco na mężczyzn – zaczęli powielać przychodzące wzorce zachowań. Turyści, w swoich krajach często ubodzy, dla biednych ludzi byli synonimem bogactwa. Przepłacając za wszystko i bawiąc się niszczyli lokalną ekonomię. Ponadto, turyści wzmacniali przekaz popkultury, że życie białego człowieka składa się tylko z rozrywki, a nie ma w nim miejsca na pracę. Wszystko to i wiele innych czynników spowodowało, że ludzie porzucali w ich mniemaniu niewiele warte życie wiejskie i lgnęli do miast, gdzie teraz żyją w slumsach marząc o szczęściu (którego się w sumie wyrzekli).

Oprócz warstwy poznawczej filmu niezwykle inspirująca jest jego druga część, gdzie można dowiedzieć się czegoś o możliwościach przeciwdziałania, a nawet przywracania pewnej normalności w Ladakhu. Najskuteczniejszą siłą okazał się Sojusz Kobiet. Jego przedstawicielki miały okazję odwiedzać mityczny Zachód. Rozmawiały z bezdomnymi w centrach miast, odwiedzały domy starości, przyglądały się cenom naturalnych produktów (jakich przecież pełno w ich wioskach) itp. Po powrocie ich pozycja była bardzo wysoka, a podczas zgromadzeń opowiadały o tym, co widziały.

Również dzięki 'nietypowej' turystyce (Tourism for Change) udało się zmniejszyć popularność bardzo tanich pestycydów. Teraz wioski odwiedzane są przez 'bogaczy', którzy.. chcą pomagać przy 'czystych' uprawach i uczyć się od miejscowych. Tacy turyści przywracają wartość temu, co rzeczywiście wartościowe.

Niektóre wspólnoty tego regionu są już tak wzmocnione, że możemy usłyszeć ich głos i zobaczyć jak żyją. Okazuje się, że po małych wioskach, gdzieś na końcu świata, krążą ludzie organizujący warsztaty na temat tego, jak posługiwać się nowoczesnymi technologiami tak, aby służyły wspólnocie. Magicznym przymiotnikiem pomocnym przy poszukiwaniach cyfrowych wytworów społeczności lokalnych jest 'participatory' [1][2][3][4] czyli 'uczestnicząca'.

Potrzebne umiejętności czy niezaspokajalne oczekiwania?

Jestem pod wrażeniem kilku międzynarodowych kampanii edukacyjnych. Koordynowana przez UNESCO Kampania Education for All, która przypomina, że nie wszyscy mają szansę uczestniczyć w edukacji, a jest to fundamentalne prawo każdego dziecka. Świat stać na to, by stawać się lepszym, a zawartość stron tego programu przypomina jak bardzo jest to nieoczywiste i trudne. Inne projekty, które wpisują się w to spojrzenie na wszystkie dzieci to One Laptop per Child. Powszechnie znane już projekty laptopów tańszych niż 100 dolarów pokazują, że zasypywanie niektórych podziałów np. cyfrowego (Digital Divide) - jest możliwe.

Nie sposób jednak nie być sceptycznym co do oceny potencjalnych skutków tych programów. Bo w zasadzie to jaka będzie ta edukacja dla wszystkich? W przeważającej większości chodzi o zapewnienie dostępu przynajmniej do nauki pisania i czytania. Część projektów technologicznych będzie wspieranych oprogramowaniem umożliwiającym korzystanie z laptopów nawet analfabetom.

Efektem ubocznym edukacji dla wszystkich może być np. przyspieszona eliminacja zróżnicowania kulturowego [1][2][3]. W końcu nauka pisania i czytania nie odbywa się we wszystkich językach. A szkolnictwo, które koszaruje dzieci i młodzież, oddziela ich od kultury lokalnej powoduje często, że 'wyedukowani' nie mają do czego wracać – potrafią za mało, żeby dalej się uczyć, a nie zdobyli umiejętności życia w tradycyjnej wspólnocie (bo były poza domem).

Wydaje się, że laptopy jakoś zaradzą problemowi koszarowania, bo 'szkołę' będzie można mieć zawsze przy sobie. Pytanie tylko, czy dzięki laptopom bogata 'Północ' dystrybuuje na 'Południe' wiedzę i umiejętności czy tylko oczekiwania. Pomijając już oczywistą dominację języka angielskiego, to czy umiejętności programowania, 'wrzucania' do sieci czy tylko korzystania z komputerów nie spowodują tylko wzrostu ilości ludzi rywalizujących o te same miejsca pracy? Komputeryzacja i Internetyzacja zmienia ludzkie przyzwyczajenia, ale czy zmienia świat? Dla wielu istotna jest odpowiedź na pytanie czy zasadniczo zwiększa się ilość miejsc pracy? Czy Indyjscy programiści i operatorzy centrów telefonicznych dostali pracę, której nie było czy tylko ktoś musiał ją wcześniej stracić?

No to jaka powinna być ta edukacja dla wszystkich? Czy coś oprócz laptopa jesteśmy w stanie zaoferować?

23 lutego 2007

Polityka kulturalna. Niektórzy Duńczycy mówią o tym otwarcie

13 lutego odbyło się na Uniwersytecie Gdańskim spotkanie z duńskim pisarzem Rasmusem Dahlbergiem. Niezwykłość tego pisarza nie polega na tym, że odniósł sukces, ale na sposobie, w jaki ten sukces sobie zaplanował. Studiował historię i chciał pisać o historii, ale jednocześnie chciał być popularny.

I fajnie, ale jego opowieść o tym jak osiągał ten sukces do złudzenia przypomina strategię podejmowaną przez „The Yes Men”, którzy kradną różnym organizacjom tożsamość po to, by... mówić prawdę o ich działalności. Korygując ich tożsamość demaskują marketingową papkę serwowaną w mediach przez specjalistów od masowej komunikacji. I nie sposób ich ścigać, bo... mówią prawdę. Tylko, że Rasmus Dahlberg, był Rasmusem Dahlbergiem (potwierdzone przez świadków).

Rasmus na początku pisarskiej kariery założył firmę i chcąc odnieść sukces w Danii postanowił zorientować się co jest modne w... USA. Przecież to co jest tam modne, z konieczności będzie modne w Danii. Chciał wyprzedzić trendy i tworzyć książki rodzaju fikcji historycznej, czyli „co by było gdyby...”

Po sukcesie jako pisarz (i przedsiębiorca) postanowił założyć czasopismo historyczne, co zawsze było jego marzeniem. Przede wszystkim zdefiniował sobie tzw. target. Przyjął założenie, że społeczeństwo duńskie dzieli się na trzy grupy: Zieloną, Niebieską i Różową. Różowych interesuje rozrywka, Niebieskich – biznes, są indywidualistami zainteresowanymi tylko użyteczną wiedzą; a Zieloni są lewicowi, chcą zmieniać świat i wymagają wiedzy akademickiej. Jego czasopismo „Alt om historie” (czyli „Wszystko o historii”) ma zaspokajać potrzeby Niebieskich i Różowych.

A jak to się robi, żeby tak precyzyjnie trafiać w taki różowo-niebieski target? W każdym numerze musi być coś o Hitlerze, Churchillu i Leonardo da Vinci – „pierwsza trójka” musi być zawsze. Zawsze musi być coś dla kobiet (genderowy podział treści nie jest ukrytym programem, jest programem) np. coś o domu lub listy miłosne, a także coś dla mężczyzn np. technologia. Gazeta zapewnia też dużo informacji typu „czy wiecie, że...”, bo ludzie muszą mieć się czym chwalić przed sąsiadami. Potrzebują też haseł do popularnej gry „Trivial Pursuit”.

Rasmus rozwiewał też resztki złudzeń. Redakcja sama musi wypełniać rubrykę „listy do redakcji”, bo ludzie pytają o zwykłe sprawy np. co się działo w budynku na rogu ich ulicy, albo o bardzo ogólne typu „kim był Hitler?”. Czasopismo reklamuje i drukuje pozytywne recenzje książkom lub czasopismom na zasadzie wzajemności. Dzięki temu unika się męczących (?!) przedsiębiorcę podatków. Raz na jakiś czas redaktor naczelny publikuje też bardziej naukowy artykuł, ale po to, by akademicy nie czepiali się go... Co do struktury pisma, to ok. 60% papieru muszą zajmować zdjęcia, a po prawej stronie jest miejsce na reklamy. Tam czytelnicy patrzą częściej, więc są one droższe.

A chyba najlepsze na koniec. Wyobraźcie sobie jak czuli się (niektórzy) uczestnicy spotkania, gdy po tym wszystkim, co usłyszeli, oglądając przykładowe numery „Alt om Historie” doszli do wniosku, że jest ono bardzo podobne w budowie do polskich czasopism, które czytają :) => ;) => :( => :[

19 grudnia 2006

Majonezowy spisek!!!

Oto taka sobie impresjonistyczna notka z Katalonii:
Ruszył mnie nastój świąteczny i postanowiłam przygotować moim współlokatorom tradycyjną sałatkę z majonezem. No i co się okazało?? Nie mogę znaleźć majonezu który by mi smakował!!Te które testowałam mają strasznie mdły smak!!Ale spisek kryje się w fakcie, że także majonez firmy międzynarodowej jest taki sam jak reszta!Oto przejaw wielokulturowości - niby to samo, ta sama firma, a jednak coś innego! Ale gdzie ta "kojąca" homogeniczność globalizacji kiedy przydatna??? :P
Cóż sałatka będzie może smakować moim native-współlokatorom :P oni musieli się już przyzwyczaić!! :)

18 grudnia 2006

Świąteczne zakupy

Kto z nas wybierając zakupy dla najbliższych spogląda na kraj pochodzenia produktu? Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że prawie wszystko, co kupujemy, pochodzi z Chińskiej Republiki Ludowej. Czy ktoś jeszcze przejmuje się warunkami pracy w tym kraju? Jutro o 18:00 w Warszawie panel dyskusyjny Amnesty International i Instytutu Kultury Polskiej pod tytułem "Kto zrobił twoje prezenty?".

Warto też by prezenty były fair, choć może czas zastanowić się czy tak naprawdę musimy w ogóle je kupować...