Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opór. Pokaż wszystkie posty

4 sierpnia 2015

„Przepraszam, czy da się to ściszyć?”, czyli o grodzeniu i utowarowieniu ciszy w przestrzeni publicznej (lub: nasłuchując pedagogiki ogłuszanych)

Z doświadczeń przebywania latem w Ustce – mieście o statusie uzdrowiska

Jeszcze kilka lat temu nie spodziewałem się, że cisza może stać się towarem. Jednak po spędzeniu części urlopu w Ustce (z powodów rodzinnych) zacząłem zastanawiać się, ile bym dał za ciszę lub przynajmniej za mniejszy hałas. Hałas jest w zasadzie kwestią subiektywną, konstrukcją społeczną, bo jest to po prostu niechciany dźwięk (Farooq, 2015; Goines & Hagler, 2007)⁠. Sytuacje, w których słyszymy czyjeś kłótnie, szczekanie psa czy nawet odgłosy uprawianego przez sąsiadów seksu uznałbym jednak za drugorzędne podczas wakacji. W dłuższej perspektywie przekładają się one oczywiście na jakość życia i decyzje mieszkaniowe, a nawet poczucie solidarności (Ureta, 2007)⁠. Jednak w Ustce i chyba w ogóle w Polsce mamy problem z mierzonym w decybelach natężeniem dźwięków (w tym niechcianych!) oraz z nagłymi jego skokami.



Najpierw omówię kilka przykładów degradacji przestrzeni publicznej i pół-publicznej, które uznałem za zorganizowane celowo, wręcz instytucjonalnie i odbywające się przy (milczącym) przyzwoleniu, a nawet zadowoleniu wielu osób. Następnie przyjrzę się incydentalnym zachowaniom anty-społecznym osób indywidualnych, których przyszło mi codziennie doświadczać w Ustce.

Bary i restauracje – puszczanie głośnej muzyki w barach i restauracjach stało się w mieście standardem. Czarę nagromadzonej w Ustce goryczy przepełniło jednak to, co zobaczyłem i usłyszałem ostatniego dnia pobytu. Nad częścią sali przeznaczoną na zabawę dla dzieci (brawo!) powieszono największy na sali głośnik. Muzyka puszczana była z niego na tyle głośno, że nie było słychać dziecięcych krzyków. Celowe? Nie wiem. Ale jakoś typowe o tyle, że w innych miastach spotykałem się z praktyką wieszania wielkich telewizorów nad kącikiem dla dzieci.

Muzycy uliczni – muzycy i performerzy rywalizują między sobą (oraz barami i szumem morza) o uwagę publiczności przy pomocy coraz głośniejszej muzyki. Pomiarów nie prowadziłem, ale wzrost głośności jest odczuwalny w przeciągu tygodnia, tzn. w poniedziałki jest znacznie ciszej niż w niedziele. Uwielbiam muzyków ulicznych. Codziennie całą rodziną jesteśmy na występach wielu z nich. Płacimy za tę przyjemność. Ale kiedy przychodzi weekend staramy się stawać z dzieckiem coraz dalej od nich, bo stają się zbyt głośni. Kiedy jeden artysta kończy utwór, to przebija się muzyka grana przez kogoś całkiem odległego – niewidzialnego z miejsca, w którym go słyszymy. To nie jest negocjowanie wspólnej obecności w przestrzeni publicznej, lecz wojna na wzmacniacze!

Sklepy z odzieżą – zarówno sklepy sieciowe, jak i te stylizujące się na sieciowe, puszczają muzykę tak, żeby słychać ją było poza lokalem. Znamy to z galerii handlowych dużych miast, czyli te wyselekcjonowane i zestandaryzowane dla całych sieci handlowych playlisty z utworami udającymi przeboje, lecz będącymi co najwyżej coverami. Warunkiem wprowadzenia utworu na listę są niskie opłaty za jego odtwarzanie. Skutkiem ubocznym jest obrzydzenie sprzedawcom tej muzyki, a przynajmniej niektórych „hitów”. Skutkiem pożądanym – nawet jeżeli nie przepadamy za danego typu muzyką – jest to jak podrygujemy między regałami i kupujemy więcej, bo z uśmiechem. Natomiast w Ustce doszło do jakiejś deformacji tej techniki marketingowej, czego przykładem jest ulica Marynarki Polskiej. Tam w czasie wakacji sklepy próbują zwrócić na siebie uwagę przechodniów przy pomocy muzyki. Chyba też rywalizują o tę uwagę z innymi sklepami, bo jako broni używają pulsujących dźwięków niskotonowych, dosłownie miażdżąc nimi konkurencję, która zechciałaby również użyć muzyki.

Festiwale – bywają wydarzeniami, w stosunku do których warto ustawić sobie kalendarz urlopowy. My co roku sprawdzamy, kiedy w Ustce odbywa się festiwal sztucznych ogni i staramy się wtedy... nie przyjeżdżać. Ze sztucznymi ogniami związany jest pewien akustyczny paradoks, który odkryliśmy któregoś lata. Polega on na tym, że huk wystrzałów łatwiej znosi się w otwartej przestrzeni, gdy wyjdzie się z domu, żeby uczestniczyć. Ale ten sam huk odbija się od ścian budynków i potęguje się w ich wnętrzu do tego stopnia, że trudno jest znieść go komuś, kto akurat nie ma ochoty danego dnia w czymś takim uczestniczyć.

Imprezy i zabawki dla dzieci – zadziwiają. Nagromadzenie automatów dla dzieci jest przy promenadzie takie, że gdy się wejdzie między te maszyny z dzieckiem (a trudno jest nie wejść), to z trudem można tam z nim porozmawiać o tym, co widzi. Niektórzy rodzice wolą w ogóle nie przychodzić z dziećmi do wschodniej części Ustki z powodu tych zabawek, co się tylko za pieniądze bawią. Odbywają się też w Ustce bardziej ambitne imprezy przeznaczone dla dzieci. Przykładowo, wczoraj (29. lipca 2015) na promenadzie dzieci mogły bawić się instrumentami muzycznymi (o ironio!). Tyle, że odbywało się to tuż obok koncertu „rockawego”, w którym dało się uczestniczyć z odległości kilkuset metrów – w mieszkaniu, pracując nad doktoratem. A na miejscu, przy wyjącej scenie, w otoczeniu kilkorga animatorów grających na bębnach, dzieci próbowały nie ogłuchnąć, jednocześnie testując różne instrumenty.

Omówione dotąd przykłady były o tyle specyficzne, że hałas powstawał przez natężenie dźwięków, z których przynajmniej część usiłuje być miła dla ucha i pociągająca. Proces decyzyjny związany z ustawieniem takiego, a nie innego poziomu muzyki jest na ogół ukryty przez publicznością, klientami, przechodniami, mieszkańcami. Nie widać też (i nie słychać) niczyjego sprzeciwu wobec takiego stanu zanieczyszczenia hałasem. I dlatego część opisanych zjawisk sprawia wrażenie, jak gdyby dostosowanych do możliwości i wrażliwości odbiorców. Innymi słowy, do wielu osób trzeba mówić głośno, bo inaczej nie słyszą z powodu ubytków słuchu. To przekonanie o dostosowywaniu głośności przekazu do osób o najbardziej zniszczonych już przez hałas zmysłach wzmacniają we mnie wizyty w kinach (z wyłączeniem jednego). Rzadkie to wizyty, ale zawsze mam przy sobie chusteczki, żeby trochę zatkać sobie uszy i dopiero wtedy odczuwam względny komfort. Z pewnością drożej wyszłoby zapewnienie takim osobom aparatów słuchowych, ale PKB kraju wzrosłoby, gdy to się jednak udało.

Natomiast w kwestii zachowań anty-społecznych przywołam przypadki spontanicznego pojawiania się hałasu w trudnych do przewidzenia miejscach i czasie.

Objazdowe reklamy – to wlekące się każdą możliwą uliczką miasta pojazdy z nagłośnieniem. Z głośników lecą od lat takie same slogany, poprzedzone strasznym na ogół dżinglem. Kwestie estetyczne są tu tylko dodawaniem „insult to injury”. Te ataki są zmorą Ustki, szczególnie dla rodziców małych dzieci, zwłaszcza jeśli ich pociechy właśnie próbowały zasnąć lub chwilę przedtem zasnęły. I nagle ni stąd ni zowąd pojawiający się pod domem samochód z głośną i nieznośną reklamą jakiejś atrakcji turystycznej może wszystkim popsuć humory. Promujące się w ten sposób „biznesy” należy oczywiście bojkotować i oczerniać, ponieważ jeśli zarządzający nimi nie mają poczucia odpowiedzialności za miasto, to nie mają go pewnie w kwestiach praw pracowniczych oraz rzetelnego płacenia podatków.

Inna kwestia – zepsute motory i samochody – szczególnie, gdy przyspieszają między domami, sprawiają, że nagły hałas kumuluje się w mieszkaniach do poziomu drgań szkła. Osoby, które celowo zmodyfikowały ustawienia pojazdów, żeby hałasować i robią to w nocy, poszukując na ulicach małego miasta okazji do gwałtownego przyspieszania to dewianci. Wbrew pozorom są nieliczni, lecz są jak komary – jeden wystarczy, żeby zrujnować noc. A jeżdżą każdej nocy. Dewianci demonstrują swoją wrogość do społeczeństwa i brak poszanowania norm i zakazów (cisza nocna, ograniczenia prędkości), starają się przy tym pozostać anonimowi. Naruszanie hałasem granic intymności innych ludzi wydaje się szczególnie dokładać do rozkładu więzi międzyludzkich i zaufania społecznego, ponieważ w wyniku ich zachowań u osób poszkodowanych rodzi się nienawiść. I jest to nienawiść do Innego, choć nigdy nie widziało się jej lub jego twarzy. Przelotność opresyjnej obecności dewiantów wyklucza możliwość natychmiastowej i równie spontanicznej reakcji na nią (zawsze jest za późno), więc nienawiść kumuluje się, procentuje – gotowa do zagospodarowania.

Muzyka – puszczana głośno w samochodach. Pozycjonuje kierowców i pasażerów pojazdów, którzy niby to puszczają ją tylko sobie. Ale basy zwykle podkręcone są tak, że całej okolicy dają do myślenia. Najprawdopodobniej ma to więc być sygnał oznaczający status społeczny – i rzeczywiście jest. Tyle że jest to manifestacja niskiego statusu społecznego (młodzi mężczyźni spod Ustki w starym samochodzie), ewentualnie postępów w poprawie swojej pozycji (mody mężczyzna spod Ustki sam w mniej starym samochodzie). Dla przypadkowego słuchacza może być to przykład jakiegoś auto-wykluczenia, ale trudno jest wykluczyć to, że istnieją dystynkcje związane np. z rodzajem i głośnością muzyki, więc cały proceder może ostatecznie kogoś przyciągać, choć tego akurat nie zaobserwowałem. Prawdopodobna wydaje się też hipoteza, że ta praktyka jest rodzajem komunikatu skierowanego do siebie i jest wypadkową próby podnoszenia niskiej samooceny kierującego pojazdem z uszkodzeniem narządów słuchu.

Przywołane przeze mnie przypadki składają się na zanieczyszczenie miasta hałasem. Jego ogrom starałem się przybliżyć szczegółowością opisu. Problem nie jest nowy, bo – przykładowo – już w starożytnym Rzymie zabraniano w mieście poruszania się po zmierzchu rydwanom i to właśnie ze względu na hałas (Goines & Hagler, 2007)⁠. Co jest nowe, to przyzwolenie i pasywność społeczna w reakcji na hałas. Tego braku reakcji nie powinna uzasadniać rzekoma dbałość o estetyczny pluralizm miasta, bo po pierwsze – miastu do niego daleko. A po drugie, od czasu, gdy wyszło na jaw, że Amerykanie torturowali jeńców wojennych przy użyciu muzyki z Ulicy Sezamkowej (Al Jazeera, 2012)⁠, stało się powszechnie jasne, że nawet skądinąd przyjemne dla człowieka dźwięki, potrafią sprawiać ból. Zresztą dźwiękowych fal o określonej częstotliwości używa się do rozpraszania demonstrantów (“LRAD,” 2014)⁠, a środowisko akustyczne zostało rozpoznane jako przestrzeń prowadzenia działań wojennych (Goodman, 2010)⁠. Natomiast badacze codziennych skutków hałasu wskazują na to, że:
„Rośnie ilość dowodów, że zanieczyszczenie hałasem nie jest jedynie dokuczliwością, ale jak inne formy zanieczyszczenia ma ono rozległe i szkodliwe skutki dla zdrowia, społeczeństwa i gospodarki. Niedawny przegląd (wrzesień 2006 roku) baz Narodowej Biblioteki Medycznej [w USA] pod kątem szkodliwych skutków zdrowotnych dał 5 tysięcy cytowań, wiele z ostatnich lat. Wraz ze wzrostem populacji i zwiększaniem się liczby i mocy źródeł hałasu bardziej narażani jesteśmy na zanieczyszczenie hałasem, co ma głębokie konsekwencje dla zdrowia publicznego. Hałas, nawet na poziomie niegroźnym dla słuchu, odbierany jest podświadomie jako sygnał zagrożenia, nawet w trakcie snu. Ciało reaguje na hałas odpowiedzią typu „uciekaj albo walcz”, z wynikającymi z tego zmianami nerwowymi, hormonalnymi i naczyniowymi, co niesie daleko idące konsekwencje. Mimo że wiele zostało napisane o zdrowotnych skutkach hałasu, to wydaje się, że wiele z tych informacji nie zostało docenionych przez środowisko medyczne, a jeszcze mniej przez opinię publiczną. W 1990 roku panel Narodowego Instytutu Zdrowia [w USA] uznał, że potrzeba kampanii o wysokiej widoczności medialnej, żeby rozwinąć publiczną świadomość skutków hałasu dla słuchu oraz środków samoobrony. Poza informowaniem opinii publicznej, programy te powinny trafiać do lekarzy opieki podstawowej i wychowawców mających do czynienia z młodymi ludźmi. Do tych rekomendacji dodajemy potrzebę informowania o wszystkich innych szkodliwych skutkach hałasu.” (Goines & Hagler, 2007)⁠
Miasta nadmorskie w Polsce, a w szczególności opisywana tu Ustka i jej mieszkańcy, padły ofiarą zanieczyszczenia hałasem bez walki. Wynika to być może z tego, że podstawowym dobrem wspólnym, które komercjalizują, nie jest wcale cisza, lecz szum. Niestety w Ustce akurat ten rodzaj dźwięku zwalczany jest hucznie, choć jest to dosłownie walka pozorowana. O czym mówię?

Morza szum – jest prawdopodobnie jednym z najbardziej oczekiwanych i relaksujących doświadczeń urlopowych w miejscowości nadmorskiej. Niektórzy – tak jak ja – cenią sobie do tego gwar bawiących się ludzi oraz przyśpiewki i pokrzykiwania obnośnych sprzedawców. W Ustce trudno jest jednak skorzystać z uroków tzw. białego szumu (w rozumieniu potocznym), ponieważ na plaży stacjonują różnego rodzaju bary, sklepy i inne urządzenia festiwalowe, które próbują przebić się – każde ze swoją muzyką – przez szum fal, który jest dobrem wspólnym.

Myśliwce – ryk krążących w powietrzu myśliwców latających nisko z ponaddźwiękową prędkością jest czymś, czego doświadcza się nieczęsto. Ale mi się udało i to na plaży. W dniu, w którym hałas z innych źródeł zdawał się słabiej docierać do plaży. I na to także trzeba się przygotować. Ustka leży bowiem przy poligonie! Nie ma na Bałyku takich fal, żeby ich szum mógł wygłuszyć odgłosy strzelania lub samoloty.


Prawo do miasta
Mało kto chyba w Polsce wierzy w to, że jest alternatywa wobec hałasu. Cisza nocna raczej dość powszechnie uznawana jest za przeżytek. Policja zbiera skargi mieszkańców na zakłócanie ciszy nocnej przez knajpy i dyskoteki, ale dopóki daną lokalizacją nie interesują się banki, to skargi te nie wydają się mieć wpływu na wydawanie pozwoleń na sprzedaż alkoholu. Ewentualne kary za zanieczyszczanie miasta hałasem są tak znikome, że nie stanowią żadnej groźby dla zarabiających wielokrotnie więcej w ciągu jednej nocy dyskotek na łodziach czy barów. Hałas jest więc racjonalizowany jako koszt popularności danego miasta. Tyle, że te koszty ponoszą ludzie i zwierzęta wokół, a zyski są indywidualizowane. A drążąc dalej: Gdzie mieszkają ci, którzy czerpią zyski, uspołeczniając koszty swojej działalności?

Nikomu chyba nawet nie przychodzi do głowy, żeby wygłuszać miejsca, w których ludzie imprezują. Hałas jest dziwnym zjawiskiem szczególnie w Ustce, bo miasto ma przecież status uzdrowiska! Jednym z wymogów utrzymania takiego statusu jest zachowanie określonych standardów dotyczących hałasu. Normy dopuszczalnego hałasu reguluje Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 14 czerwca 2007 r. w sprawie dopuszczalnych poziomów hałasu w środowisku. W uzdrowisku przy drodze poziom hałasu mierzony w przedziale czasu odniesienia równym 16 godzinom nie powinien przekraczać 50 decybeli! A w przypadku innych obiektów będących źródłem hałasu ten poziom (mierzony w przedziale czasu odniesienia równym 8 najmniej korzystnym godzinom dnia kolejno po sobie następującym) nie może przekraczać 45 decybeli. Nie sądzę, żeby Inspektorat Ochrony Środowiska prowadził takie pomiary choćby miesiąc w miesiąc. Ale jeśli tak i miasto mieści się w tych restrykcyjnych normach, to warto byłoby przyjrzeć się metodologii takich badań.

Większe miasta, takie powyżej 250 tysięcy mieszkańców, zobowiązane są tworzyć i aktualizować mapy zanieczyszczenia hałasem, zwane w Polsce dla niepoznaki „mapami akustycznymi”. To zobowiązanie nakłada na nie Dyrektywa Parlamentu Europejskiego 2002/49/EC (Environmental Noise Directive [END]).

Wyciszanie przestrzeni publicznych przychodzi więc do nas z zewnątrz, najczęściej w postaci regulacji prawnych. Niestety cisza wielu osobom wciąż kojarzy się z opresją. I do takiego jej postrzegania prawdopodobnie przyczyniła się szkoła publiczna. Uciszanie jest sposobem sprawowania władzy (Espejo, 2005)⁠. I może właśnie dlatego opór w postaci demonstracji ulicznych i rewolucji wyrażają się w hałasie, np. Pots and Pans Revolution w Islandii. Tylko, że jakoś niepokojąco rzadziej niż dawniej opór wyrażany jest we wspólnym śpiewie (wyjątkiem Krakowski Chór Rewolucyjny i niedawna rekonstrukcja rewolucji w Łodzi z 1905 roku). Ruchy społeczne wypracowały wręcz pewne światowe standardy robienia hałasu (por. Samba Rhythms of Resistance) i porozumiewania się w hałasie (por. język znaków używany do budowy konsensusu), ale nie śpiewu.


Kultura ciszy, czyli ku pedagogice ogłuszanych
Cała tradycja pedagogiki krytycznej skoncentrowana jest na (od)dawaniu ludziom głosu. W opisanym powyżej kontekście zanieczyszczenia miast hałasem zdumiewająco i niepokojąco mogą brzmieć dzisiaj słowa Paolo Freire: „Istoty ludzkie nie są budowane w ciszy, ale w słowie, w pracy, w działaniu-refleksji.” (Freire, 2005, s. 88)⁠. Tyle, że w tej koncepcji ciszy, jako przejawu bezradności, Freire przeciwstawia ludzkie słowo, które jest zdolnością nazywania. Nie walczy przy pomocy mechanicznego hałasu-towaru z ciszą, jako możliwością azylu, namysłu i medytacji (Freire, 2005, s. 88, przyp. 3)⁠. Jeżeli zgodzimy się co do powyższego, to ciekawy wgląd w proces współczesnego uprzedmiotowienia hałasem daje inny fragment poświęcony ciszy:
„Nasze zaawansowane technologicznie społeczeństwo szybko uprzedmiotawia większość z nas i subtelnie programuje nas ku konformizmowi z logiką systemu. W stopniu, do którego to zachodzi, zanurzamy się również w nową 'kulturę ciszy'. Paradoks polega na tym, że ta sama technologia, która nam to robi, tworzy również nową wrażliwość na to, co się dzieje.” (Freire, 2005, s. 33-34)⁠
Trudno nie dostrzec tu pewnych analogii z obecną sytuacją, w której powszechną bronią zagłuszanych stało się wkładanie słuchawek. A więc technologii opresji używamy jako technologii wytchnienia. Nierzadko przecież jest to dziś formą radzenia sobie z bezradnością. Taka jednostkowa izolacja w ogóle umożliwia cielesną obecność wśród ludzi we wrogim, bo skażonym hałasem środowisku. Jednocześnie takie uniki przy pomocy słuchawek wytwarzają szereg niewrażliwości na opresyjny hałas. Nie słysząc (dzięki ubytkom słuchu) lub słysząc swoje (dzięki słuchawkom) jesteśmy zwolnieni z konieczności wartościowania tego, co dzieje się we wspólnym świecie. Przy tym wszystkim jesteśmy w stanie zachować błogi i nieudawany już uśmiech. Dlaczego jednak izolować się mają ci, którzy mają prawo żyć w ciszy, a nie ci, którzy hałasują?

Pytania, jakie zadawałem sobie w usteckim hałasie rzadko dotyczyły mnie samego. Pedagogika ogłuszanych, o której chciałbym kiedyś usłyszeć, powinna być pedagogiką krytyczną. Ogłuszenie jest formą opresji. Wymagałoby to jednak doprecyzowania pewnych używanych dotąd pojęć, tj. kultury ciszy, oraz zmierzenia się z szeregiem kwestii praktycznych. W tym roku Ustka dostarczyła mi aż nadto sytuacji do rozmyślań i pytań. Oto niektóre z nich:
  • Jak zasnąć i jak spać w hałasie nagłym, który organizm odbiera jako zagrożenie?
  • Czy możliwa jest drzemka w środku dnia, gdy nie obowiązują żadne normy emisji hałasu?
  • Jak czytać dziecku bajkę na dobranoc lub zaśpiewać kołysankę, kiedy co kilka minut przejeżdża pod domem rozpędzony motor?

Jedyne, z czym tak naprawdę poradziliśmy sobie to:
  • Jak komunikować się z dzieckiem w restauracji, gdy pozostając w części dla dzieci jest zagłuszane muzyką, a mówi coś do nas, siedzących przy stoliku?

Wiele można nauczyć się od osób niesłyszących. Z dzieckiem w takiej sytuacji komunikować się można na migi, zwłaszcza jeśli w okresie niemowlęcym próbowało się tzw. bobomigów. W naszej rodzinie konstruowaliśmy zestaw potrzebnych nam znaków sami, głównie przy pomocy słownika Spread the Sign.

W sytuacji mniejszego hałasu, lecz gdy dziecko nas nie widzi lub nie może odnaleźć wzrokiem, przydaje się umiejętność wydobywania z siebie (językiem o podniebienie) sygnału klikania – podobnego do tego, jakiego używają niektórzy niewidomi do echolokacji. Nie zwraca to zwykle niczyjej uwagi poza zainteresowanym dzieckiem.

Jednak w restauracji ostatecznie zastosowaliśmy najprostsze rozwiązanie – prośbę do obsługi: „Przepraszam, czy da się to ściszyć?”. Ściszyli. Mimo to niepokój pozostał, ponieważ stawia nas to w sytuacji odzyskiwania ciszy. Może wolelibyśmy być pytani o to czy można w naszej obecności zgłośnić? Nie w każdej sytuacji wiadomo kogo i jak poprosić. W niektórych sytuacjach trzeba demonstrować status społeczny. Przykładowo, w restauracji prosimy z uprzywilejowanej pozycji klienta.

Tym, którzy nie mają lub nie potrafią uczynić widocznym swojego statusu pozostaje organizowanie się, protest lub zakup odpowiednio oznaczonego miejsca. O tym, że jest taka potrzeba może świadczyć niedawno opublikowana informacja, że rozważane jest wydzielenie stref ciszy w pociągach typu pendolino. Sądząc po tym, ile serwisów podchwyciło ten temat i jak intensywnie był on komentowany, wydaje się, że potrzebę ciszy ludzie odczuwają wciąż lub odczuwają na nowo. A naukowcy prowadzą badania nad tym, na ile ludzie wyceniają ciszę (Istamto, Houthuijs, & Lebret, 2014)⁠. Robią to zapewne z intencją chronienia jej tak, jak chroni się majątek. Otwiera to jednak niebezpieczną możliwość znalezienia się kogoś, kto podkupi nam taką ciszę zdefiniowaną jako zasób.

Tym, którzy nie mają dokąd uciec przed hałasem ani czym zapłacić za ciszę, pozostaje do dyspozycji najtańsze narzędzie samoobrony – edukacja. Na początek najprościej jest porozmawiać o hałasie, czyli o tym jakich dźwięków, kiedy i gdzie nie lubimy. I o decybelach. Materiały edukacyjne, które znalazłem na stronie Noise Off, nie powinny sprawić problemu osobom, które nie czują się na siłach wyjaśniać, jak działają fale dźwiękowe. Następnie proponuję jak najszybciej skorzystać ze smartfonów i dołączyć do któregoś z projektów nauki obywatelskiej (citizen science). Okazuje się, że przy pomocy odpowiedniej aplikacji można przemienić telefon w detektor hałasu w mieście, dzięki czemu nawet niewielkie społeczności są w stanie budować mapy natężenia hałasu. Okazuje się, że dołączenie do grona uczestników-badaczy podnosi poziom zainteresowania tematem i wyostrza świadomość problemów z nim związanych (Traver, 2012)⁠. Mam nadzieję, że tak uzbrojeni przyjedziecie do Ustki testować swoje praktyki i teorie pedagogiki ogłuszanych. Jeżeli odzyskacie szum morza i ciszę lata w nadmorskich miejscowościach w Polsce, to trudy wyciszania metropolii nie będą Wam już wtedy straszne.


Na koniec ciekawostka! Niedawno media donosiły też o wynikach badań, mówiących, że ludzie słuchający w młodości metalu są dzisiaj lepiej przystosowani do rzeczywistości. W badaniach tych dużo jest o tożsamości, wartościach i o przezwyciężaniu problemów związanych z dorastaniem itp. (Hines & Mcferran, 2014; Howe et al., 2015)⁠. Mnie jednak zastanawia to, jak z człowieka, który chodził spać z Emperorem na uszach stałem się po latach człowiekiem, który pisze o ciszy. Odpowiedź, że czarny metal jest muzyką bliską białemu szumowi (Sirko, 2013)⁠ uznaję za niewystarczającą.

Z wyrazami solidarności z ogłuszanymi
Piotr Kowzan


Bibliografia

Al Jazeera. (2012). Songs of War. Al Jazeera World. Retrieved from http://www.aljazeera.com/programmes/aljazeeraworld/2012/05/201253072152430549.html

Espejo, J. L. (2005). Politics of Aural Space. Madrid City Council’s Noise Brigades. VAA ARTe SONoro La Casa Encendida, (1982).

Farooq, U. (2015). From Sound To Noise Insulation : A Journey. International Journal of Engineering Research and General Science, 3(1), 408–413.

Freire, P. (2005). Pedagogy of the Oppressed (30th Anniv.). New York. London: Continuum. doi:10.4324/9780203420263

Goines, L., & Hagler, L. (2007). Noise Pollution: A Modern Plague. Southern Medical Journal, 100(3), 287–294. Retrieved from http://docs.wind-watch.org/goineshagler-noisepollution.html

Goodman, S. (2010). Sonic warfare: Sound, affect, and the ecology of fear. Cambridge, MA: MIT Press.

Hines, M., & Mcferran, K. S. (2014). Metal made me who I am : Seven adult men reflect on their engagement with metal music during adolescence, International Journal of Community Music, 7(2), 205–222. doi:10.1386/ijcm.7.2.205

Howe, T. R., Aberson, C. L., Friedman, H. S., Murphy, S. E., Alcazar, E., Vazquez, E. J., & Becker, R. (2015). Three Decades Later: The Life Experiences and Mid-Life Functioning of 1980s Heavy Metal Groupies, Musicians, and Fans. Self and Identity, 14(5), 1–25. doi:10.1080/15298868.2015.1036918

Istamto, T., Houthuijs, D., & Lebret, E. (2014). Willingness to pay to avoid health risks from road-traffic-related air pollution and noise across five countries. Science of The Total Environment, 497-498, 420–429. doi:10.1016/j.scitotenv.2014.07.110

LRAD. (2014). Wikipedia, wolna encyklopedia. Retrieved from https://pl.wikipedia.org/wiki/LRAD

Sirko, R. (2013). Inny noise. Biały szum a czarny metal. Glissando, 22(22). Retrieved from http://www.glissando.pl/tekst/inny-noise-bialy-szum-a-czarny-metal-2/

Traver, C. J. (2012). Investigating noise pollution using smartphones and citizen scientists, (November), 1–22. Retrieved from http://www.christophertraver.com/assets/christopher-traver-intel-sts.pdf

Ureta, S. (2007). Noise and the Battles for Space: Mediated Noise and Everyday Life in a Social Housing Estate in Santiago, Chile. Journal of Urban Technology, 14(3), 103–130. doi:10.1080/10630730801933044

15 maja 2011

Liberation Without Boarders Tour - drugi dzień bojowych badań w Tunezji

A oto relacja z drugiego dnia badań bojowych (ang. militant research) prowadzonych w Tunezji przez aktywistów z Europy. Metoda, którą posługują się aktywiści ma kilka odmian, czerpie z doświadczeń włoskich ruchów społecznych. Popularnością cieszy się, bo stosowana była w Ameryce Południowej, w szczególności podczas kryzysu w Argentynie. Kilka osób w naszym kole próbuje napisać artykuł na temat badań bojowych w edukacji. Dlatego to, co piszą, że robią w Tunezji nasi aktywiści - czyli badania bojowe - dopiero z czasem stanie się być może bardziej zrozumiałe. Póki co, cieszmy się, że nic im się nie stało podczas starć, o których piszą.

Liberation Without Boarders Tour – Dzień 2


Drugiego dnia naszego pobytu w Tunisie udało nam się wreszcie zanurzyć w chaotycznych lecz inspirujących „po-rewolucyjnych”, tunezyjskich realiach. Podczas gdy rząd tymczasowy i mainstreamowe media próbują przekazać nam wizję uładzonej sytuacji politycznej, w rzeczywistości istnieje tutaj wiele grup wzywających do kontynuowania procesu rewolucyjnego.


O godzinie 10.00 wzięliśmy udział w energicznym proteście zorganizowanym przez Dzielnicowe Komitety Obrony Rewolucji, mającym miejsce na słynnej Avenue Bourghiba. Protest na schodach Teatru Miejskiego zgromadził setki ludzi. Po krótkim skandowaniu haseł wzywających do kontynuowania rewolucji, tym razem skierowanej przeciwko rządowi tymczasowemu, członkowie komitetów i przypadkowi ludzie zostali brutalnie zaatakowani przez uzbrojoną w pałki i noże milicję potajemnie wspieraną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.


W dzisiejszej Tunezji represje stosuje się poprzez użycie nieformalnych band uzbrojonych, anonimowych obywateli, którzy mają wolną rękę w stosowaniu przemocy na ulicach miasta. Jest to strategia prowadzenia konfliktu zbrojnego o niewielkiej intensywności, której celem jest tworzenie politycznych napięć bez bezpośredniego angażowania rządu jako takiego.


Po wybuchu tej nieuzasadnionej przemocy demonstranci zgromadzili się ponownie przed Ministerstwem do Spraw Kobiet i Kwestii Społecznych, a następnie urządzili pikietę przed budynkiem Związku Zawodowego Tunezji (UGTT) wzywając do strajku generalnego, który miałby wesprzeć dalsze wysiłki rewolucyjne. Komitety, razem z młodymi aktywistami pracują na rzecz prawdziwej systemowej zmiany, w momencie gdy siły ekonomiczne i polityczne starają się zając pozycje bliskie rządowi Ben Alego.


Po porannych wydarzeniach, nasza delegacja kontynuowała zbieranie materiałów pośród rożnych aktorów procesu, działających wciąż na politycznej scenie stolicy kraju. Popołudnie obfitowało w spotkania, wywiady i podejmowanie kwestii organizacyjnych mających na celu zorganizowanie międzynarodowego spotkania ruchów studenckich, jeszcze tej jesieni w Tunisie.


W niedziele delegacja KLF będzie kontynuowała swoje badania bojowe mające na celu pogłębienie naszego rozumienia tej złożonej sytuacji, z która mierzą się dziś tunezyjskie ruchy społeczne. Dzięki współpracy z licznymi grupami, które spotkaliśmy tutaj do tej pory, rzeczywista współpraca ludzi zaangażowanych w walkę ponad Morzem Śródziemnym rozwija się…


Knowledge Liberation Front, 14. maja 2011



14 maja 2011

Liberation Without Borders Tour, czyli kto, co i jak się kształci w podróży

Po kilku miesiącach przygotowań grupa aktywistów związanych z różnymi ruchami studenckimi/uniwersyteckimi - między innymi z polskimi (bez)ruchami - ruszyła do Tunezji. Celem wyprawy jest "zarażenie" Europy rewolucyjnym zapałem, który ogarnął Północną Afrykę. Jest to interesujący projekt edukacji międzykulturowej i jak wszystkie projekty edukacyjne jest to projekt ukierunkowany, wartościujący. Jednak w przeciwieństwie do wielu projektów edukacji - zwłaszcza tej zinstytucjonalizowanej - wprost wyjawia, jakie idee mu przyświecają. Ta ideologiczna przejrzystość nie jest zaletą samą w sobie, za to interesujące jest jak i czy odbije się to na efektywności w przenoszeniu kaganka rewolucji.

Podróżowanie ma swoje miejsce w tradycji pedagogicznej - kilkaset lat temu było częścią wykształcenia (Bildung) wyższych klas społecznych. Ułatwienia związane z podróżowaniem, masowa turystyka do miejsc "gotowych na przyjęcie" spowodowały, że doświadczenie podróży nie jest już aż tak doniosłe. Powiedzeniu "podróże kształcą..." towarzyszy dziś ironiczne "...lecz tylko wykształconych". Odwiedzanie regionów ogarniętych rewolucją jest młodszą i trochę odmienną tradycją. Ciekawie będzie śledzić doniesienia aktywistów, być może ujawnią zmiany w nich samych. W projekcie dużo wagi przywiązano, by nie była to wyprawa w stylu orientalnym. Nie jest to żadna karawana ani niesienie pomocy, bo Tunezyjczycy dadzą sobie radę. Bardziej chyba jest to wyprawa po idee. Zobaczymy.

Liberation Without Borders Tour - Dzień pierwszy

Dzisiejszego wieczoru międzynarodowa delegacja Knowledge Liberation Front spotkała się w Tunisie by zapoczątkować w ten sposób Liberation Without Borders Tour. Nasza wyprawa związana jest z projektem badan bojowych, które zapoczątkowaliśmy w lutym tego roku w trakcie międzynarodowego spotkania ruchów studenckich w Paryżu. Na celu ma wspieranie oddolnie budowanych relacji politycznych pomiędzy ruchami społecznymi Europy i Afryki Północnej.


Od samego początku pobytu rozpoczęliśmy proces zawiązywania relacji politycznych w tej niezwykle złożonej sytuacji, z która mierzą się dzisiaj tunezyjskie ruchy społeczne. Drut kolczasty, który przecina Avenue Bourghiba, główną ulice Tunisu, jest oczywistym wyrazem napięć politycznych i społecznych, które pojawiły się tutaj na przestrzeni ostatniego tygodnia. Przede wszystkim napędził je skandal spowodowany ujawnieniem nagrania video, na którym minister spraw wewnętrznych Tunezji głosił zbliżający się wojskowy zamach stanu. Minister szybko podał się do dymisji.


Dziś popołudniu, w jednej z kawiarni Tunisu, byliśmy świadkami aresztowania aktywisty Frontu Wyzwolenia Ludowego Tunezji, ledwie o kilka kroków od drutów kolczastych otaczających Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Innym z efektów rosnących napiec, pomijając wprowadzona na czas nieokreślony godzinę policyjna miedzy 21.00 a 5.00, jest nowy zakaz wszelkich demonstracji w obrębie miasta.


W odpowiedzi na te wzmagające się represje, w następnych dniach zapowiedziano liczne demonstracje i strajki. Jedna z lokalnych aktywistek skomentowała sprawę w sposób następujący: "Błędem okazało się opuszczanie Khasby [...], jednak teraz odzyskamy ulice, by dokończyć naszą rewolucje."


Setki młodych Tunezyjczyków, Z okolicznych miast i wiosek wypełniają ulice stolicy i innych głównych miast, domagając się radykalnych przekształceń w kraju. Ci młodzi ludzie stali się celem rządowych represji przede wszystkich dlatego, że byli główną siłą napędową w procesie rewolucyjnym. Jednocześnie rząd tymczasowy zdaje się coraz bardziej interesować utrzymaniem status quo, zamiast wprowadzaniem rzeczywistej politycznej transformacji.


Kontakty, które zawiązaliśmy dzisiaj, a które będziemy rozwijać w ciągu najbliższego tygodnia mają służyć za podstawę niekończącego się procesu politycznej zmiany, którym kieruje siła ruchów społecznych.


KLF, Tunis, 13. maja 2011


23 marca 2011

Polityka głosu, polityka wyjścia i pytanie o edukację autonomiczną [relacja]

Seminarium rozpoczął Dominik Krzymiński przedstawiając najbardziej znaczące wydarzenia z najświeższej historii studenckich protestów w Europie. Zamiast wspomnianej prezentacji pokażemy tu jednak kilka filmików, z których można wnioskować na temat stosowanych taktyk i atmosfery w różnych krajach:
Wielka Brytania: [1] [2]
Włochy: [1] [2] [3]
Rosja: [1]
Kanada: [1]
Stany Zjedn. Ameryki Pł.: [1]
Puerto Rico: [1]
Niemcy: [1] [2]
Grecja: [1]
Global: [1]

Po tym wprowadzeniu Magdalena Prusinowska i Piotr Kowzan przedstawili prezentację (zamieszczamy poniżej) z propozycjami teoretycznych ujęć problemów ruchów społecznych.

One World One Struggle - Polityka głosu, polityka wyjścia i pytanie o edukację autonomiczną by Magdalena Pr...


foto: Dominik Krzymiński


foto: Dominik Krzymiński

foto: Dominik Krzymiński

foto: Karolina Rzepecka

27 stycznia 2011

Seminarium przy herbacie rumiankowej (proper tea is theft)

Koło Naukowe Doktorantów Na Styku zaprasza na seminarium przy herbacie rumiankowej (proper tea is theft) wokół tekstu "Revolution in Reverse (or, on the conflict between political ontologies of violence and political ontologies of the imagination)" - artykuł Davida Graebera.

Artykuł, o którym chciałbym porozmawiać dotyczy problemów związanych z przeprowadzaniem rewolucji, więc podejrzewam, że każda badaczka /każdy badacz z kręgu nauk społecznych znajdzie w nim coś do swoich badań. Jest to krótka teoretyczna refleksja nad praktyką wspólnot idealnej wielokulturowości - jak ruchy społeczne z nurtu autonomistycznego nazywał Georgy Katsiaficas. Co mnie wstępnie zainteresowało w tym tekście, to analiza problemu realizmu/własności i jego wpływu na współpracę między ludźmi. Szczególnie obecnie w czasach masowych protestów europejskich studentów i wymyślania alternatyw dla zdegenerowanych uniwersytetów, podnoszenie problemu relacji własność-autonomia wydaje mi się orzeźwiające. Także analiza relacji pomiędzy możliwością użycia przemocy a koniecznością zdobywania wiedzy jest moim zdaniem czymś wartym głębszej refleksji pedagogów i dyskusji, do której zapraszam :)
Piotr Kowzan

Czas: 3.2.2011 (czwartek) od godz. 17:00
Miejsce: WNS UG A304
Uwaga: Ilość kubków ograniczona

21 stycznia 2010

Spotkanie z Keithem McHenrym - założycielem Food Not Bombs



Szanowni Państwo, Drodzy Koledzy i Koleżanki!

Mamy przyjemność zaprosić was na niecodzienne wydarzenie w ramach Koła Naukowego Badaczy Kultur "Na Styku". W Polsce gościć będzie Keith McHenry, założyciel antywojennej inicjatywy rozdawania żywności, "Food Not Bombs", która to inicjatywa funkcjonuje również w Polsce, pod nazwą "Jedzenie Zamiast Bomb"*. Od jej założenia upływa właśnie 30 lat, co dla Keitha McHenry'ego stało się okazją do podróży po świecie i pisania drugiej książki o ruchu - tym razem z perspektywy bardziej międzynarodowej.

Jedyne w naszym kraju spotkanie otwarte z Keithem McHenrym odbędzie się właśnie w Gdańsku. Keith McHenry opowie, jak to się stało, że wybrał taki właśnie sposób na kontestowanie zbrojeń i pomoc ludziom, pokaże też krótki film ze swojej wyprawy do Nigerii, gdzie 4 lata temu zakładał filię ruchu "Jedzenie Zamiast Bomb".
Zarówno wykład, jak i film będą tłumaczone na język polski. W ramach spotkania przewidzieliśmy czas na dyskusję.

Zapraszamy do kawiarni "Delfin" w Oliwie (ul. Opata Rybińskiego 17) na niedzielę (24.01.2010), godz. 15:00. Wstęp wolny!

- Koło Badaczy Kultur "Na Styku" na Uniwersytecie Gdańskim
- Jedzenie Zamiast Bomb - Gdańsk
- Jedzenie Zamiast Bomb - Gdynia
- Otwarty Komitet Uwalniania Przestrzeni Edukacyjnych i redakcja okupe.blogspot.com

* Food Not Bombs - dosł. Żywność Zamiast Bomb - to inicjatywa światowego ruchu antywojennego polegająca na regularnie organizowanych akcjach rozdawania darmowej żywności na ulicach miast. W ten sposób działacze Food Not Bombs chcą pokazać, że potrzeba zapewnienia powszechnego dostępu do żywności nie jest tak trudna do zaspokojenia, by przedkładać nad nią interesy producentów broni. Zapoczątkowana w Stanach Zjednoczonych Ameryki w 1980 roku, inicjatywa Food Not Bombs w ciągu trzech dekad rozprzestrzeniła się na wszystkie kontynenty świata.

Na terenie Trójmiasta akcje pod hasłem Jedzenie Zamiast Bomb odbywają się przed budynkami dworców głównych PKP: w Gdyni w soboty o godz. 12:00, w Gdańsku w niedziele również o 12:00. Udział w nich jest otwarty dla wszystkich.

15 czerwca 2009

Awangarda Akademii zaprasza na „Lato Oporu”

"Awangarda Akademii zaprasza Cię na film „Lato Oporu” WNS S207 18.06 14:30 Elegancki ubiór nie obowiązuje. Obowiązuje myślenie. Jeśli dasz radę, masz w sobie ciut aktywizmu, to być może po filmie zaprosimy Cię na krótką dyskusję. Do niczego Ci się to nie przyda. Więcej informacji: KN Na Styku."

Awangarda Akademii zaprasza na film „Lato Oporu”. Jest to niemiecki film dokumentalny opowiadający o początkach obecnych protestów studenckich, czyli o okresie 2003-2006. Obfituje w zapisy podjętych przez studentów działań oraz policyjnych i administracyjnych na nie reakcji. „Lato Oporu” daje wgląd w specyfikę nimieckiego systemu edukacji wyższej, pozwala również poznać motywacje uczniów i studentów, którzy DZISIAJ, tj. 15.06.2009, zajęli uniwersytety. Po filmie odbędzie się niestrukturyzowana żadnym panelem dyskusja, którą następnie przeniesiemy w inne miejsce Wydziału.

Problematyka filmu wpisuje się w wieloletnią już tradycję edukacyjnych badań komparatystycznych prowadzonych w ramach Kół „Na Styku”. Zainteresować może jednak każdą i każdego, kto chce się kształcić i chce, by na studia mogły iść także ich dzieci.

Film będzie wyświetlany z polskimi napisami, które przygotowali wrocławscy aktywiści z grupy „NIE dla komercjalizacji uczelni!” Za co serdecznie im dziękujemy! Projekcje tego filmu odbędą się także w innych miastach uniwersyteckich w Polsce.

Czas: 18.6.2009 14:40

Miejsce: Wydział Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego, sala S207

Czas trwania filmu: 100 min.

1 czerwca 2009

Derek Monroe: Consumer Self-Defence


wtorek, 9 czerwca, godz. 17:00, WNS S207

Techniki Samoobrony Konsumenckiej, czyli co może wydarzyć się pomiędzy osobowością a osobowością prawną. Czy umiemy wychować homo economicusa tak, by zechciał przestrzegać standardów etycznych, którymi posługujemy się jako ludzie? We wtorek dowiemy się czy takie mechanizmy wypracowała kultura amerykańska, której integralną częścią stała się hodowla korporacji. Wykładem o Technikach Samoobrony Konsumenckiej mamy nadzieję rozpocząć dyskusję nad możliwościami umiędzynarodowienia wzajemnej pomocy i kultury współpracy w zakresie demokratycznej kontroli nad organizacjami oddziałującymi na jakość życia wszystkich ludzi na Ziemi.

Derek pochodzi z USA. Pracuje jako niezależny dziennikarz i współpracuje z wieloma międzynarodowymi agencjami medialnymi. Przydomek "etyczny terrorysta" doskonale opisuje jego zaangażowanie w sprawę, o którą walczy. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wytoczył ponad 50 spraw sądowych wielu korporacjom naruszającym prawa konsumenta. Większość z tych procesów wygrał. Wśród tych firm znajdowały się miedzy innymi: JP Morgan Chase Bank, Citibank, TCF Bank, Fleet Bank,MB Financial, Mazda North America, Worldcom, Delta Airlines, Air France, American Airlines, Kmart Corp,CVS Corp., Walgreens Co.,AT&T, Albertsons Inc, Cub Foods, Wyndham Inc, ...

Przed spotkaniem warto przeczytać:
How much does culture and lifestyle affect behavior?
Economic and Financial Literacy Course (podcast w linkach)

8 maja 2009

TWIERDZA EUROPA: pedagodzy i aktywiści o naszych obozach dla imigrantów


Zapraszamy na spotkanie i dyskusję na temat uchodźców w Europie oraz polityki imigracyjnej Unii Europejskiej połączone z projekcją filmu „No Lager” (film w języku angielskim). UWAGA ZMIANA: dzięki przyjaciołom z Alterkina, będą polskie napisy.

Czas: 15.05.2009 godz. 17:00 – 20:00
Miejsce: budynek Wydziału Nauk Społecznych, sala S207
Organizatorzy: Koła Naukowe Na Styku oraz Stowarzyszenie Na Styku

W ramach przygotowania do dyskusji warto przejrzeć wpis sprzed dwóch lat oraz część linków do niego dodanych: No Lager.

9 marca 2009

Opór i muzyka

Natknęliśmy się dzisiaj na interesującą serię programów w telwizji Aljazeera - "Music of resistance". Czasami muzyka nie tylko mówi o zmianach społecznych, czasami przynosi zmiany. Czasami samo zaangażowanie i tworzenie zmienia świat, bo poszerza się ilość wariantów życia, ilość reakcji, jakie ludzie mogą podjąć po doświadczeniach przemocy.

Te filmy nie klasyfikują muzyki według rodzaju. Koncentrują się na inicjatywach, które mają ambicję zmiany tego, co jest.

Trzy wybrane przykłady: z Brazyli, Mozambiku i Portugalii łączy nie tylko język portugalski. Mieszkańcy brazylijskich faveli potrzebują czegoś, co ich połączy, co nauczy dzieci żyć bez narkotyków. Mieszkańcy zapomnianych wiosek potrzebują prostych technologii i muszą nauczyć dzieci zasad higieny. Biedota w Europie uczy się szacunku do siebie, żeby przestać walczyć ze sobą.

Warto zwrócić uwagę na zaangażowanie mężczyzn w tworzenie muzyki. Badacze społeczeństw w kryzysie często zwracają uwagę na rolę młodych mężczyzn. Oni najbardziej potrzebują społeczeństwa, bo często są największym dla niego zagrożeniem.

Brazylia...





Mozambik...






Portugalia...




22 lutego 2009

Odzyskaj Edukację – Globalny Tydzień Działań 20–29.04. 2009




Właśnie przetłumaczona treść ulotki:

Powstały 5-tego listopada 2008 roku, podczas “Międzynarodowego Dnia Akcji Przeciwko Komercjalizacji Edukacji”, Międzynarodowy Ruch Studentów wzywa do Globalnego Tygodnia Działań w kwietniu 2009 (20.04. - 29.04.)

Jesteśmy luźną siecią różnych postępowych (studenckich) grup z blisko 30-u krajów na 5-ciu kontynentach. Co nas jednoczy, to walka przeciwko zwiększającej się komercjalizacji edukacji I walka o wyzwalającą edukację publiczną, dostępną dla wszystkich członków społeczeństwa.

Coraz więcej grup zdaje sobie sprawę, że siły takie, jak prywatyzacja i utowarowienie edukacji (podobnie jak wielu innych aspektów życia), działają globalnie i dlatego, żeby skutecznie im się przeciwstawić, musimy zjednoczyć się w walce.

Studenci, nauczyciele, pracownicy i rodzice na całym świecie zadają sobie pytania: “Czy system edukacji publicznej służy interesom społeczeństwa? Czy nie odwraca się naszej uwagi, by wdrażać systemy edukacyjne, które przede wszystkim służą interesom prywatnym I biznesowi?”Opłaty za studia – raz wprowadzone – rosną, uniwersytety i szkoły zamieniają się w przedsiębiorstwa, zadłużenie studentów rośnie, a wydatki na edukację (odwrotnie niż wydatki na zbrojenia oraz “środki bezpieczeństwa”) są ograniczane w wielu częściach świata. Instytucje zajmujące się edukacją wyższą stają się mocno zależne od zdolności przyciągania sponsorów (zwykle graczy rynkowych). Skutkiem tego, tylko te instytucje i wydziały są w stanie przetrwać, które zostają uznane za pożyteczne przez sponsorów.

W systemach edukacji publicznej, od przedszkoli po uniwersytety, wymiar emancypacyjny edukacji musi być traktowany priorytetowo. Edukacja musi też być wolna od opłat i dostępna wszystkim. Demokracja istnieje tylko wtedy, gdy społeczeństwo składa się z wyzwolonych i niezależnych osób, które są w stanie krytycznie zastanawiać się nad (społecznym) środowiskiem, zachodzącymi procesami oraz strukturami władzy. Porządek, który nie spełnia tych kryteriów, nie jest demokracją.

Fakt, że grupy z ponad 20-u krajów na 5-ciu kontynentach dołączyły do międzynarodowego dnia działania w listopadzie pokazuje jak globalna jest to walka.

W tygodniu między 20 a 29 kwietnia aktywni obywatele na całym świecie zjednoczą się aby odzyskać edukację z uścisku komercji i tak zwanej neoliberalnej polityki.

Od każdej grupy zależy, w jaki sposób i przez ile dni chce protestować w ramach Tygodnia Działań. Mogą to być działania mniejsze lub większe. Ale ważne jest, żebyśmy się razem skoordynowali. Dlatego skontaktuj się z nami, gdy zdecydujesz się przygotować coś podczas Globalnego Tygodnia Działań.

Jak dotąd blisko 30 grup z 18 krajów (takich jak Francja, Stany Zjednoczone, Filipiny, Bangladesz, Niemcy, Wielka Brytania, Kanada, Togo i Kolumbia) na 5 kontynentach wspiera wezwanie do Globalnego Tygodnia Działań.

Zorganizujmy się i zjednoczmy w naszej walce!
Więcej informacji na naszej stronie: www.emancipating-education-for-all.org
Pytania prosimy kierować na adres: united.for.education@gmail.com

facebook: grupa Reclaim your Education - Global Week of Action 2009!!
n-k: Odzyskaj Edukację

Polskie wersje genderowo świadomych obrazków promujących kampanię: [1][2][3][4][5] zrobione przez Rudą.

9 grudnia 2008

Zamieszki w Grecji

Studenci i uczniowie podpalają miejsca publiczne, niszczą samochody i sklepy. Działania są protestem na brutalne dziania policji w Atenach, gdzie został postrzelony 15-latek przez jednego z funkcjonariuszy. Jak podaje włoska gazeta Il Messaggero do wypadku w Grecji doszło podczas starć policji z młodymi anarchistami. Protesty przeciwko agresji policji odbyły się także w Berlinie i Londynie pod ambasadami Grecji.

17 listopada 2008

Teatralny Ruch Oporu cz. 2

No i daliśmy się skusić Teatralnym Ruchem Oporu po raz drugi. Lekko wzmocnieni, ale generalnie potwornie przetrzebieni (wydarzeniami pierwszego dnia, może pogodą też), zasiedliśmy na widowni.

Spotkanie rozpoczęło się spektaklem „Wstyd” w reżyserii Ewy Ignaczak. Podobno była to historia na podstawie książki Heinricha Bölla "Utracona cześć Katarzyny Blum". Ale to w sumie nieważne, ważne co się działo. Oglądaliśmy przesłuchanie z lat 70. Facet przesłuchiwał kobietę. Kobietę niezwykłą. Z jej zeznań dowiadujemy się o jej drodze do emancypacji. Wychodzi z biedy, zdobywa proste wykształcenie, oszczędza zarobione pieniądze, z czasem kupuje mieszkanie. Jednocześnie, okazuje się, że w swych relacjach z mężczyznami wciąż musi walczyć o zachowanie godności. Zostawiła męża, bo nie okazywał jej czułości. Kupiła samochód, bo nie chciała być zależna od tego, czy ktoś ją odwiezie wieczorem po pracy do domu. Jej nieustępliwość i przestrzeganie ważnych dla niej zasad powodują, że jest szczęśliwa. Nawet opowiadanie swojej własnej historii sprawia jej wielką radość. Gdzieś jednak po drodze niezależna kobieta poznaje obecnie ściganego przez prawo mężczyznę. I w związku z tym, wszystko to, z czego Katarzyna jest dumna, staje się przedmiotem skrupulatnych dociekań prokuratora. Każdy jej krok, każdy zakup są podejrzane. W czasie gdy ona tłumaczyć się musi ze swojego życia, jej reputacja, osiągnięcia i rodzina bezczeszczeni są przez media gdzieś na zewnątrz. Domyślać się można tylko, że nie bardzo będzie miała do czego wracać.

Do tego, żeby spektakl okazał się polityczny potrzebna (i wystarczająca!) jest jednak, moim zdaniem, widownia. Gdyby zadać prymitywne pytanie „po której stronie konfliktu Katarzyna-prokurator jest widownia?”, to lud opowie się za Katarzyną. Intuicyjnie stajemy po stronie ofiary. „Wstyd” wytworzył jednak kilka momentów, w których można było zwątpić w taki zakładany stan rzeczy. W zasadzie mieliśmy 2 typy momentów. Pierwszy, gdy prokurator krzyczy na kobietę Ty dziwko! (lub podobnie) a wiele osób z publiczności reaguje chichotem. Drugi, gdy ofiara zwraca się bezpośrednio do publiczności i prosi: Zróbcie coś! Nie pozwólcie mu! [czy jakoś podobnie].

Byłem kiedyś na przedstawieniu, nie to mało powiedziane, uczestniczyłem raz w przedstawieniu, gdzie w podobnym momencie publiczność zaczęła skandować ONE SOLUTION – REVOLUTION! Od tamtego czasu, nie jestem pewien czy właśnie tego nie powinno się, od czasu do czasu, robić w teatrze. Takie doświadczenie zmienia świadomość. Daje jakieś poczucie sprawstwa. Ofiara dowiedziała się, że jesteśmy po jej stronie. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że wspólne skandowanie upodmiotawia ludzi przez ich uprzedmiotowienie, to jest przez dobrowolne podporządkowanie się totalizującej formie jednego hasła.

Dzięki tym dwóm typom momentów „Wstyd” zawstydził.

A po spektaklu był wykład doktora Roberta Rogozieckiego „O Możliwości Zaangażowania Sztuki Masowej”. Tak jak pierwszego dnia festiwalu dominowali filozofowie francuscy, tak tego – niemieccy. Nie podejmuję się rekonstruowania rekonstrukcji podglądów na temat dzieła sztuki. Po pierwsze dlatego, żeby nie wywoływać znienawidzonych przez studentów zmarłych filozofów. Po drugie, dlatego że – jak usiłowałem przed chwilą pokazać – uważam że polityczność dzieła zależy głównie od jego odbiorców. Momenty polityczne mogą być dostrzeżone i wykorzystane przez widzów w każdym typie dzieła, bez względu na jego aurę, rzekomo zawarty w nim kosmos, metody produkcji czy dystrybucji. W zasadzie to artyści powinni udowadniać, że w ogóle są potrzebni do wywołania takich momentów. Ludzie zawsze coś sobie znajdą – jak, przykładowo, rozmodlone masy, gdy w zacieku na ścianie domu dojrzą objawienie.

Aha, niezależnie od tego, czy nawiedzają nas filozofowie niemieccy czy francuscy, moje ubrania śmierdzą potem papierosami!

16 listopada 2008

Teatralny Ruch Oporu

W odpowiedzi na hasła: „teatr”, „polityczność” i „za darmo” stawiliśmy się w sobotę w sopockim Off de BICZ, który z Krytyką Polityczną organizuje festiwal Teatralny Ruch Oporu. Stanowiliśmy chyba z ¾ drugiego rzędu. Byłoby NAS więcej, gdyby spektakl z facetem w spódnicy nie odciągnął pewnych dwóch bliskich towarzyszek gdzieś do Stoczni podobno.

U nas facet na scenie biegał w samych majtkach i nawet obawialiśmy się, że będzie go stać na dużo więcej. Robert Paluchowski w przedstawieniu MC Gyver Paluchovsky & end to prawdziwa bomba na scenie. Moim zdaniem zlepił w sobie wszystkich rozgadanych szaleńców, których spotkać można na przystankach autobusowych czy w nocnych tramwajach. Czekasz sobie bez ruchu w przestrzeni publicznej i nieoczekiwanie stajesz się: najpierw słuchaczem, po chwili widzem, a czasami, ostatecznie aktorem usiłującym jak najszybciej zejść ze sceny. Uwolnić się chcesz od człowieka-folkloru, bo równość, godność i komunikacja są OK, ale kwestie bezpieczeństwa i ewentualność symbolicznego obciachu stają się nagle po prostu... chwilowo kluczowsze. W teatrze też ciemno, też siedzisz; wyjść nie wypada, bo sztuka; teatr realistyczny; sztuka nowoczesna; wszystko się może wydarzyć; więc ty w związku z tym cholernie za blisko siedzisz! Trzeba było więc Paluchowkiego szaleńca wysłuchać do końca. A na końcu było to samo co w tramwajach, czyli a ja kocham ten kraj.

Może i spektakl wpisał się nawet ciekawie w te kilka stron Estetyki jako polityki, bo dzięki pobycie na scenie, zadomowiła się w mojej głowie postać tramwajowego szaleńca. Tyle, że nic a nic mi do niej nie bliżej. Choćby mi go potem przedstawiano jako anarchistę!

Najciekawsze czego ten spektakl dokonał to... wyalienowanie NAS z widowni! Tramwajowy szaleniec krzyczał dużo różnych rzeczy, ale jakoś dziwnie się czuliśmy, gdy część widowni zasmarkiwała się ze śmiechu za każdym razem, gdy w potoku słów atakujących ze sceny, padały „czopki w dupie” i „konfesjonały”. Chichot rodziła cała taka kurwopodobna wata przekazu.

A potem była dyskusja...
To, jak była potrzebna stawało się oczywiste z każdym, kolejno wypowiadanym zdaniem. Ujawniła wzajemną nieprzystawalność języków krytyków, twórców teatru i widowni. Ponawiane przez politycznych aktywistów próby zaprzęgnięcia umarłych do pracy m.in. Foucault'a i Deleuze'go były delikatnie obśmiewane. Ciekawiej wypowiadali się twórcy, bo z perspektywy lat WŁASNYCH doświadczeń, choć tłumaczenie, że w teatrze chodzi im o człowieka mogło budzić niepokój u tropicieli ideologii. Ale na szczęście pod koniec spotkania ktoś z publiczności zapytał, co to jest ta partycypacja i czar - z potoku słów wyimaginowanej - wspólnoty elit prysł.

A polityczna siła teatru?
Nie w pojedynczym przedstawieniu. Nie w sile, ani w sugestywności przekazu. I najchętniej bez założenia, że jedni pracują nad świadomością drugich. Najciekawiej jest, gdy rozpadają się oczywistości. Gdy widzę na scenie żywego człowieka posuniętego w autokreacji tak daleko, że w zasadzie mógłby już wyjść z sali i takim pozostać do końca życia. A jednak pozostaje tam, potem się kłania i koniec. I w zasadzie każdy może teatru spróbować, jeśli znajdzie wspólnotę i odwagę. Można odegrać dawną sztukę lub odegrać kawałek życia jako sztukę – przymierzać i szukać wygodnych kreacji. A czy teatr będzie terapeutyczny czy rewolucyjny zależy od tego, czy będzie się widowni chciało pofantazjować trochę dalej, w kolejny dzień.

16 maja 2008

Psikał

W idealnym społeczeństwie nikt by nie robił takich reklam, nie byłoby też dla kogo ich robić, a jeśli już taka reklama by powstała, wściekły tłum pozrywałby te plakaty i obrzucił siedzibę firm psim kałem.

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie. Ktoś w końcu odważa się po polsku mówić o idealnym społeczeństwie! I okazuje się, że reklama raczej nie będzie częścią lepszego świata [6][7][8]. Analizowanie przekazu, demaskowanie ideologii i takie tam "wydziwiania" [intelektualistów] to już... robiliśmy [1][2][3][4][5]. Ale ten PSI KAŁ to naprawdę mocny pomysł. Coś mi się widzi, że nasza droga do idealnego społeczeństwa nie będzie usrana różami.

Cała Polska wie już, że reklama jest polityczna. Ale dobrze jest pamiętać, że reklama jest tylko częścią procesu przemiętaszania człowieka w konsumenta. Tą widoczną. A co z "ubekami"? [*]

10 kwietnia 2008

I will do anything... TO GET MY DIGNITY BACK

To Kopenhaska akcja-spontan przeciwko seksizmowi. A zaczęło się dość niewinnie (czyli jak zwykle) od rozmów przy winie. O tym, że reklamy stają się coraz bardziej nachalne, że manipulują obrazem kobiet jak zwykle. I że obecności tego typu reklam trzeba się przeciwstawiać. I że w zasadzie... mamy farbę :) Nawet hasło wymyśliła solenizantka przy stole. A potem my wróciliśmy do naszego domu i trochę zapomnieliśmy.

Ale dziewczyny z nauk politycznych Uniwersytetu w Kopenhadze zadziałały! Ktoś życzliwy poinformował media, które w Danii chwytają takie tematy : Kreatywny wandalizm przeciwko reklamom. Bo to media PUBLICZNE, dla obywateli, a nie konsumentów!

7 listopada 2007

Kapitalizm was wyzwoli

[z okazji rocznicy wybuchu rewolucji]

Czekając na najnowszą książkę Naomi Klein (czekam w kolejce w bibliotece) "The Shock Doctrine: The Rise of Disaster Capitalism" przysłuchiwałem się rozmowie autorki z wieloletnim przewodniczącym Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej US of A Alanem Greenspanem. Mimo przewagi wiedzy, na zarzut wprowadzania neoliberalizmu przy pomocy przewrotów, Greenspan dał się wypuścić w wypowiedź:
"The question you have to answer, however, is: what system works better? And I think the evidence going back to the Enlightenment of the early part of the eighteenth century and all of the events that occurred with respect to what’s happened to the world since then has demonstrated that this system is the only one that seems to work well. I mean, all forms of socialist structure, which you seem to be implicitly in favor of, have failed."

Czyli historyczna konieczność, TINA, koniec historii itp.

Nic jednak nie trwa wiecznie, a najnowsza książka Klein, poza amerykańskimi okropieństwami, pokazuje narzędzie które niekoniecznie musi być wykorzystywane przeciwko dobrom publicznym. Szok można zaaranżować każdemu, kto akurat zajęty jest czym innym. I jak tu nie pomyśleć o giełdowym krachu?! Skoro go nie ma, to znaczy że nadchodzi. Biorąc po uwagę: kurs dolara, ceny ropy, przewartościowanie cen nieruchomości; wysokość zadłużenia publicznego USA i zadłużenia mieszkańców (kredyty hipoteczne) - to już samo to wydaje się niebezpieczne. Do tego dochodzą: ciągnąca się wojna i coraz częstsze katastrofy ekologiczne. Kondycja korporacji, a co za tym idzie - stan oszczędności emerytalnych nigdy wcześniej nie zależał tak bardzo od ich finansowych aktywności, wszystko co "rzeczywiste" ulokowano w Chinach. Imperium jest w stanie wytrzymać uwikłanie (nawet globalne) w jeden typ konfliktu, ale czy wytrzyma nałożenie się kilku typów problemów? Wydaje się, że jedyne co trzyma indeksy w górze to inercja zbiorowego optymizmu.

Natchnieni energią z kosmosu, ekologiczni aktywiści (nie wszyscy) często chwytają się za ręce i wspólną medytacją chcąc przenieść współtowarzyszy braci i siostry na wyższy poziom optymizmu, gdzie wszystkie problemy rozwiązują się same. Optymizm wbudowany jest we wszystko: od językowych konwencji, nawet przez pedagogikę krytyczną (empowerment), po oczekiwania dotyczące kursów giełdowych. Większość "strategów" po przeprowadzeniu np. analizy SWOT chce koncentrować się tylko na Możliwościach. DYGRESJA: Niezwykłym wprost przykładem porażenia optymizmem jest dla mnie współpraca duńsko-amerykańsko-grenlandzka, która układa się miło, mimo że priorytetem jednej ze stron jest koncentracja na tzw. nieuchronnych możliwościach (czytaj: stopienie się lodowca), czyli de facto na sytuacji, w której jeden z partnerów zostanie zatopiony. I nie budzi to oburzenia w Danii. Tak jak amerykańskie filmy nie są możliwe bez happyendów (prócz kilku wyjątków), tak giełdowy kapitał nie może mnożyć się (czyli istnieć) bez optymizmu.

Podobno optymistyczną odpowiedzią na diagnozę stanu rzeczywistości (czyli na pesymizm) "No Logo" Naomi Klein był film "The Take", gdzie pokazywano jak kryzys ekonomiczny w Argentynie otworzył przestrzeń do tak radykalnych działań jak przejmowanie fabryk przez robotników (spełnienie marzeń nie tylko anarcho-syndykalistów). Odebrałem jednak ten film jako szczególnie pesymistyczny, a jego przygnębiającą końcówkę zebrać można nawet w maksymę: cokolwiek wymyślisz i spróbujesz realizować, musisz umieć obronić to przed policją. Nie wszystkich pociągają mocno skonwencjonalizowane walki uliczne. Skonwencjonalizowane, bo przecież nie chodzi w nich o to, żeby wygrać - wtedy przecież wchodzi wojsko! A do (coraz bardziej i częściej) zawodowych żołnierzy nie wyjdą matki i siostry z kwiatami. Zawodowa armia uniemożliwia obalanie reżimów w stylu kolorowych rewolucji, czyli zgodnie z instrukcjami z symulatorów. Widok przedstawicieli argentyńskiej klasy średniej niszczących witryny banków i bankomaty pozostają jednymi z najzabawniejszych scen filmu.

W oczekiwaniu na to, co nieuchronne można pomyśleć nad granicami tego, co możliwe - nad zrębami nowego porządku (porównaj). Pojawia się tu oczywiście problem środków i celów. Ale być może "przepełnienie" środków ułatwi refleksję nad pustymi/czekającymi celami.

Zmiany prawa handlowego, a w szczególności funkcjonowania spółek akcyjnych mogłyby być nawet takie:
  • Korporacje istnieją na czas określony.
  • Konieczność wąskiego definiowania zakresu działania spółki i sądowa likwidacja spółki po osiągnięciu celu działalności.
  • Zakaz posiadania udziałów w spółkach innej branży.
    [więcej inspiracji szukaj w "The Corporation: The Pathological Pursuit of Profit and Power"]

    Kapitalizm to niezwykle żywotny system i pewnie zacząłby żywić się tymi ograniczeniami kanalizując energię vulgus oeconomici w obszarach, na których rynek tworzy najmniej efektów ubocznych.

    Terapeutyczny mógłby okazać się też odwrót od indywidualizmu przez uczynienie podmiotem nie jednostki, ale choćby pary. Przynajmniej w sferach kontrolowanych przez państwo. Tak, by nie można się było ubiegać o stypendia w pojedynkę, bilety wstępu też zawsze były zbiorowe; pojedynczo nie można by jeździć samochodem; prace magisterskie tworzone w parach byłyby wtedy pewnie dwie; nagrody i odznaczenia też można by przyznawać na ogół kolektywom. A pojedynczo można by popełniać przestępstwa i zajmować cele ;)

    Oczywiście należałoby sie też przyjrzeć 'dawnym' pracownikom usług reklamowych i kredytowych. Może jakaś lustracja? Odsunięcie od możliwości pełnienia funkcji publicznych wszystkich skorumpowanych myśleniem typu homo homini lupus wydaje się trochę zbyt... pochopne, ale przecież to nie na zawsze.

    Większość ludzi chyba skłonnych jest czekać aż na zmiany zdecydują się Amerykanie Północni. Sądząc po aktywności Naomi Klein Kanadyjczycy starają się przynajmniej coś proponować. Ale ich południowi sąsiedzi... możliwości tzw. społeczeństwa obywatelskiego wielu skłonnych jest oceniać po dotychczasowych efektach - 150 lat od wojny domowej, a oni tam wciąż nie zdołali się rozbroić.
  • 7 lipca 2007

    Uwaga sekta.
    Czy Ty też kochasz za kupy?

    Chcieliśmy kupić sobie dzisiaj piwa w znanym nam wcześniej osiedlowym sklepiku we Wrocławiu. On niestety też przemienił się w agencję udzielającą kredytów. Podobnie stało się z wieloma tzw. niszowymi sklepami w centrum Słupska (nawiasem pisząc ciekawe czy warunki wynajmu lokali nie powinny być różne dla różnych form prowadzonej działalności, a może i rodzajów). Ale symbolem przemian pozostaje dla mnie wciąż ulica Rajska w Gdańsku. W pewnym uczęszczanym jej odcinku jest jeden sklep z telefonami, jeden malutki z alkoholem, a reszta to kolorowe wariacje na temat: weź u nas kredytów kupę. Gdzie wydawać te wszystkie pożyczone pieniądze?!

    Do Sejmu wrócił projekt ustawy o tzw. upadłości konsumenckiej. Chodzi o to, by osobom, które wpadły w spiralę kredytową umożliwić spłatę długów np. przez wstrzymanie naliczania odsetek, spojrzenie na zadłużenie w całości, zmniejszenie długu i rozłożenie go na lata. Tak mi się przynajmniej wydawało dopóki nie posłuchałem co o tym mówiono w telewizji. Pani reprezentująca organizację konsumencką (4.07.2007 TVN 24) twierdziła, że upadłość powinna być tylko dla osób zadłużających sie racjonalnie (w swojej naiwności liczyłem, że pani reprezentuje ludzi), które z powodów losowych nie mogą spłacać. A reszta opinii była jeszcze dalej od życia ;)

    W przypadku wydarzeń losowych to mamy już narzędzia - ubezpieczenia kredytów. Upadać mogą firmy, ich właściciele mogą zakładać kolejne i nikt nie proponuje obostrzeń typu - upaść można tylko raz w życiu. Zupełnie dziwaczny wydaje mi się pomysł badania czy długi powstały mimo racjonalnych decyzji konsumenta. Jak można podejmować racjonalne decyzje w świecie, w którym:
    a) kartę kredytową dostać można przy dochodach rzędu 500zł miesięcznie
    b) pracownik banku dostaje prowizję od sprzedanych kart kredytowych?

    W świecie, w którym człowiek człowiekowi... sprzedawcą nie można liczyć na radę drugiego człowieka. Ciekawe czy kiedyś w przyszłości ludzie zwodzący innych okrzyknięci zostaną np. płatnymi zdrajcami, pachołkami.. korporacji? I na nic zda się tłumaczenie, że wszyscy, że podłe czasy - zakaz sprawowania funkcji publicznych :))) W gazetach publikuje się artykuły o "podkręcaniu zdolności kredytowej". Jeżeli nie można polegać na przekazywanych informacjach, to jakiej racjonalności oczekujemy? Oczywiście standardem jest, że każde zachowanie niezgodne z oczekiwanym modelem jest medykalizowane. W czasopismach psychologicznych (widziałem w Charakterach "Grypa prosto z dobrobytu ") pojawia się więc termin affluenza.





    Dlatego uruchomiliśmy mały projekt edukacyjny. Najpierw skontaktowaliśmy się ze Strażą Miejską w Gdańsku Oliwie w sprawie zaśmiecania okolicy ulotkami o kredytach. Zero reakcji. Potem zdzieraliśmy, ale "powracały". Teraz naklejamy napisiki UWAGA SEKTA (Rozbrat w 1998 roku robił akcje "uwaga sekta"). Bo czyż "biorąc" kredyt konsumencki nie poddajemy się przywództwu biurokratycznego aparatu (fochy, stopy, formularze). Zadłużeni muszą przyjąć za swoją określoną wizję świata - muszą postępować racjonalnie (nie wiadomo jak, ale ważne by potrafili to udowodnić). A na końcu oddać trzeba swojej sekcie wszystko co się posiada, a nawet więcej - oddać trzeba i to czego się jeszcze nie posiada, przecież na ogół pożyczamy pod przyszłe dochody.

    Straszymy sektami, bo ostatnio coraz więcej słychać o próbach spisywania organizacji, grup muzycznych itp. Dojdzie do tego, że weganizm będzie podejrzany! Podobno każde narzędzie użyte przeciwko "rynkowi" zostaje wciągnięte w język reklamy, zbanalizowane. Jeśli jest taka teoria, to niech to będzie przyczynek do badań podstawowych w tym temacie ;)

    Koszt kartki samoprzylepnej: 70 gr
    Koszt druku: nie podejmuję się liczenia
    Ilość napisów na kartce A4: 22
    Tusz, o dziwo, nie rozmywa się na deszczu.
    "Czarno na białym" jest dobrze widoczne, bo reklamy są zwykle zbyt kolorowe
    Mnóstwo zabawy na każdym spacerze.

    12 czerwca 2007

    Efekt Axe

    Nasz gdański kampus zaatakowały reklamy w formie naklejek w kuchniach i toaletach akademików oraz szablonów na chodnikach. Strasznie trudno mi o nich pisać, bo nie chcę ich promować. Nie chcę też udawać, że ich nie ma. W realu niszczymy więc z Oddziałem Gośka co popadnie (zrywanie, dewastacja), a w Internecie - subwersja.

    Wydaje mi się, że jedynym skutecznym sposobem uczenia rozumienia reklam jest po prostu nauka czytania (Freire). Jest co robić w tym zakresie. Tutaj ograniczę się jedynie do wrogiej interpretacji dostępnej jedynie tym, co już to potrafią.

    Za cel reklamowych naklejek (celowo rozmijam się z pojęciem wlepki) obrano kobiety wykonujące zawody nisko płatne: "Nauczycielki uczą nocami", "Wychowawczynie lubią sprawdzać", "Pielęgniarki nie odchodzą od łózek", przedszkolanki, bibliotekarki... W świadomości społecznej mówi się, że do wykonywania tych zawodów potrzebne jest wręcz tzw. powołanie.

    Target, czyli zapewne ci, którzy jakiś kontakt mają z wykonującymi te zawody, to oprócz studentów, prawdopodobnie także uczniowie i pacjenci. Przy okazji utrwalania reklamowych haseł przeprogramowuje się myślenie o kobietach i tzw. budżetówce. Czyżby irracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia wybory zawodu podszyte były seksualnymi pragnieniami? Przyjęcie przez dzieci takiej perspektywy w zasadzie uniemożliwia reprodukcję kultury. Jest to o tyle istotne, że alfabetyzm uodparnia na reklamę, a przynajmniej karze podnosić jej poprzeczkę, czegoś (prawdy?) zaczyna się od jej producentów wymagać.

    Promowany w tych reklamach produkt jest [po]tworem jednej z największych korporacji na świecie. Warto przyjrzeć się produktom w swojej lodówce, łazience... jaki procent tego, co kupujemy stanowi Unilever. Ich produkty promowane są tak, żeby trafiały do wszystkich kultur. Bynajmniej nie dlatego, że czerpią z różnorodności. Operują na najprostszych skojarzeniach. Pod tym względem reklamę można uznać za najdoskonalsze narzędzie komunikacji międzyklasowej! Oto wykształceni i inteligentni (klasa średnia) mówią robotnikom czego mają pragnąć od posiadaczy. Pragnąć mogą tylko tego, co jest. Ale chyba istotniejsze jest jak ten język klasowy "trzeszczy" w tym opisie. Może do opisu klasowych podziałów w społeczeństwie nadałyby się bardziej pedagogiczne kategorie: analfabeci, wtórni-analfabeci z jednej strony, z drugiej - czytelnicy (interpretatorzy) i pisarze (twórcy reklam, copywriterzy). Prymitywna treść reklam jest dla analfabetów, ich forma jest dla czytelników, a właścicielami jesteśmy podobno wszyscy (przez udział w towarzystwach emerytalnych), pisarze tylko tu zarządzają ;)

    Znakiem czasów jest także to, że korporacje za cel nie wzięły sobie np. katechetek, zakonnic. One nie uczą nocami? Używać można sobie tych, którzy dają się używać. Dlaczego "efektem axe" nie zobrazować też scenek typu: "Komornicy nie odchodzą od łóżek", "Bezdomni lubią sprawdzać", "Rak zabija" czy właśnie "Dzieci śmierdzą"?

    Dzieci śmierdzą


    Kampania Efekt Axe interesująca jest z wielu powodów (teraz analfabetę wyczujesz na odległość, jak niegdyś pismo nosem). Reklamówki filmowe wydają się inspirowane "Pachnidłem" - wystarczy roztoczyć wokół siebie odpowiedni zapach, a ludzie (w reklamach tylko kobiety) bezmyślnie lgną do jego źródła. Reklama ewidentnie ignoruje pachnidlany kontekst. A dzięki niemu korporacja mówi niemal wprost, że ten ich 'odpowiedni zapach' jest efektem zbrodni. Ile osób Unilever musiał zabić, żeby wyprodukować coś tak niesamowitego? Co więcej, akt obsikania się jest jedyną podstawą niezwykle wprost kruchej władzy nad ludźmi i jest jednocześnie aktem samozagłady.

    O ile 'Pachnidło' można uznać nawet za alegorię współczesnego populizmu, o tyle 'Efekt Axe' jest symbolicznym przyznaniem się korporacji do swoich antyhumanistycznych poszukiwań nowych [po]tworów. Co więcej, Unilever pokazuje nam, że osiągnęło już szczyt doskonałości. Nie jest jedynie zdolna dokonać samozniszczenia. Tę codzienną praktykę pozostawia użytkownikom swoich produktów.

    8 czerwca 2007

    Protesty, media a klęska demokracji

    Jak to się stało, że demonstracje przestały mieć znaczenie? Odbywają się mniej lub bardziej liczne, ale ich wpływ na rozwój wydarzeń jest żaden. Jedyne co pozostaje uczestnikom to szok, gdy konfrontują to, co przeżyli z tym, co zobaczą w telewizyjnej tzw. relacji.

    Nie wiem jak będzie pokazywana dzisiejsza demonstracja w Juracie przeciwko wizycie Belzebuba w Polsce. Ale za wystarczająco poniżające można uznać przesunięcie akcentów w korporacyjnych "relacjach" z problemów i interesów na... obiadowe menu oficjeli! Ale ci, którzy taki poziom przekazu uznają za haniebny mogą sobie przecież poszukać innych stacji. Nikt ich nie zmusza do oglądania, zostają więc zmarginalizowani, niereprezentowani i wypchnięci z języka. Mogą/muszą przełączać sobie na Aljazeerę, gdzie - wprawdzie w obcym języku, ale dowiedzieć się można kto, po co i dlaczego protestuje np. wokół G8. A że relacje te podawane są w sposób tradycyjny tzn. NIE JAKO INTERPRETACJE, ale przez dawanie głosu przedstawicielom stron, więc udało im się wzbudzić moją ciekawość stanowiskiem... amerykańskiego reżimu (w sprawie ocieplenia klimatu).

    Ale nawet takie dziennikarstwo nic już nie zmienia. Kiedy w czasach rywalizujących ideologii ludzie rozpoczynali głodówkę z powodów politycznych lub nawet podpalali się, to ktoś się tego wstydził! Podważało to legitymację władzy. Współcześnie próba samospalenia w supermarkecie opisywana jest TYLKO jako powodująca zagrożenie, więc wymagająca interwencji bohaterskich ochroniarzy (21.11.2006 Gazeta Wyborcza). Politycy uodpornili się na ataki, bo przez lata promowano model przywództwa, którego miarą był stopień niezależności decyzji politycznych od poparcia społecznego (szerzej w "Klęsce solidarności" Davida Osta). Przekaz: 'prawdziwie demokratyczny przywódca' potrafi podejmować decyzje wbrew obywatelom zdegenerował politykę tak bardzo, że obecnie nawet trudno znaleźć takich, którzy w ogóle liczą się z kimkolwiek (nie mówiąc o przekonywaniu, dyskusjach itp.).

    Czy dla ratowania podkopanej odrodzonym kapitalizmem demokracji przed Lewiatanem Hobbsa, wystarczy symbolicznie poniżyć współczesnych przywódców (do czego w Polsce służy instytucja Trybunału Stanu - za udział w okupacji Iraku) tak jak poniżono Peryklesa pod koniec jego demokratycznego panowania? Czy raczej jedyną rozsądną alternatywą będą projekty radykalnie demokratyczne (demokracja uczestnicząca) promowane przez dzisiejszych "chuliganów", "złodziei", anarchistów i "terrorystów"?